Bulgarian high-end

Bułgarskie przybrzeżne górki dały nam nieźle po nogach. Zasługujemy na odrobinę wygody i w zamian za ciężką pracę pozwalamy sobie na dobre jedzenie. Bardzo harosze jedzenie!

Jak tylko znaleźliśmy się na terenie tego kraju, po nozdrzach uderzyło jakieś takie rześkie powietrze, świeże i odżywiające. Ponoć 35 procent Bułgarii pokrywają lasy, a pod względem rezerwatów przyrody kraj ten znajduje się na drugim miejscu na świecie zaraz po USA. To niesamowite, że zmiana krajobrazu jest tak radykalna, że tu tyle lasów nagle, że strumienie z gór kryształowe spływają i naprawdę jest czym oddychać.

W poniedziałek odwiedziliśmy przejazdem Bałczik, przypadkiem kiczowato-lanserską Albenę i po 95 km zajechaliśmy na wypasiony posiłek do Kraniewa. Jedzenie niedrogie i do tego konkretne porcje, a wszystko świeże i naturalnie przyrządzone – nie czuć żadnych dopalaczy typu Winieta czy Ziarenka Sraku. Kelner podał zestaw przypraw: czosnek, suszoną paprykę, ocet z pietruszką, olej, limonkę, sól i pieprz. Wszystko popijaliśmy lekkim, białym winem ich własnej produkcji.

Po noclegu przy plaży poranny skok w morskie fale i odsalający prysznic, też przy plaży. Tak można jeździć! Złote Piaski zdobyliśmy po kilku podjazdach wzdłuż sąsiadujących wapiennych urwisk. Nazwa dotyczy jednocześnie rezerwatu i miejscowości hotelowej. Zjechaliśmy tam tylko dlatego, że ja gdy miałam dwa latka byłam tam z mamą i ciocią. W pamięci utkwiły mi rzeczy absurdalne, np. jak ciocia zarzucała nogę wchodząc na kuszetkę, a ja w przedziale siedziałam na nocniku, pamiętam mój ryk, gdy pękło jajko gotowane grzałką, długie schody hotelu i poczęstunek pomarańczem na plaży. Pamiętam, że byłam przeziębiona i nie mogłam wchodzić do wody. Po zjechaniu do kurortu przy plaży poczułam, że znowu mam dwa latka i dalej nie mogę wejść do wody, choć jej lazur i ciepło tak bardzo kusi. Przepiękna plaża, mniej kiczu, więcej luksusu i klasy w tym całym nicnierobieniu. Taki wybieg dla zamożnych. Czasami przychodzi i na to ochota.

Ale my wsiadamy na nasze fury i zmierzamy z górki ku Warnie. Tam przejeżdżamy bulwarem, zjadamy drożdżowe zapychacze, stwierdzamy, że miłe i ładne miasto, ale już na nas pora.
Do wczorajszego celu prowadził długi podjazd przecinający kilka rezerwatów ładnych, młodych pań do wzięcia. Do wzięcia bez poczekania i za drobną opłatą, ot cała filozofia!
Jesteśmy już po śniadaniu składającym się z płatków owsianych i owoców. Kamczyja ma szeroką plaże i wzburzone morze, do którego wpływa rzeka o tej samej nazwie. Niesie ze sobą śmieci i zostawia na plaży i nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie fakt, że rzeka przecina rezerwat naturalny…

Pora wpinać sakwy. Myśl o deptaniu pod górę wywołuje cyniczny uśmiech. My jesteśmy góralami, właśnie tego potrzebujemy!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s