Z pamiętnika: wybrzeże Bułgarii

Podróż zakończona. Jesteśmy w domu, póki co tylko ciałem, a ja w dodatku dość połowicznie, bo dałam ciała z pisaniem bloga. Tak to delikatnie nazwę. Nie mogliśmy nadążyć za tym wszystkim co nas z każdym kilometrem spotykało, do tego stopnia, że pogubiliśmy się w czasie i nasz przedostatni wpis jest pod tym względem zaburzony. Rozłożyłam właśnie przed sobą wszystkie ulotki, mapy, karteluszki z notatkami i wizytówki. Cofam się w czasie i piszę pamiętnik.

DZIKA BUŁGARIA NIE NA WYBRZEŻU

Poniedziałek, 19. września

Poranek w namiocie na plaży zawsze jest ekscytujący. W nocy fale prawie spać nie dały, ale już w dzień waliły o brzeg jak oszalałe. Podczas gdy my biegaliśmy i witaliśmy słońce rozciągając mięsisty napęd naszych ciał, pan ratownik doczłapał do bazy nieopodal i wbił czerwoną flagę. Nasza obawa przed wejściem do wody była więc uzasadniona. Po śniadaniu udało mi się jeszcze wysłać kilka zdjęć przez lokalne wi-fi i zaraz potem przystanęliśmy przy polskim camperze. Nie wspominałam jeszcze o tym, bo nie uznałam tego spotkania za szczególne. Niemniej cieszyliśmy się, że możemy pogadać po polsku z małżeństwem obieżyświatów w średnim wieku. Przyjemni, radośni, ciekawi nowych miejsc – podróżują tym domkiem na kółkach bez baczenia na czas, z dnia na dzień planując podróż, czyli trochę tak jak my. Na tyle samochodu mieli zaczepione rowery. Pomyślałam, że jak już kiedyś będziemy mieć dosyć pokonywania kilometrów na samych rowerach, to camper będzie dla nas luksusem, najlepiej taki solarny.

Wyjechaliśmy. W sklepie zatankowaliśmy paliwo, czyli wodę, owoce i sezam-bara. Najkrótsza droga prowadziła przez Kamcija Rezervat. Spodziewaliśmy się dużo bardziej spektakularnych widoków. Przejechaliśmy w rezultacie nierówną, ale twardą ścieżką przez pole i las modląc się, aby nie przedziurawić znowu dętki. Udało się i trafiliśmy na ruchliwą drogę, która miała nas zaprowadzić do zabytkowego Nesebyru. Słońce okrutnie spowalniało tego dnia, a jeszcze bardziej perspektywa niekończących się podjazdów. Jesteśmy tylko na wybrzeżu, ale… jakim wybrzeżu! Po pierwszych dziesięciu kilometrach postój – kupujemy brzoskwinie, płuczemy i pożeramy na miejscu, a sok się leje po łokcie. Po dwudziestu zatrzymujemy się przy winogronach w miejscowości Bjała. Kupujemy całą siatę i chcemy jechać dalej, ale zatrzymuje nas szyld producenta win, na którym napisane jest “Wino, test”. Zza barku uśmiecha się młoda Bułgarka, a sześć ustawionych równo butelek uśmiecha się do nas jeszcze bardziej. Pani leje, my pijemy wyrażając rzetelną opinię o każdym z nich. Trzy białe, dwa czerwone i jedno różowe. Wszystkie rodzaje – chardonnay, merlot, cabernet sauvignon, pinot noir, a ich nuty zapachowe dobrze mącą w głowie. Początkowo – sępy – chcieliśmy tylko “test”, aby nie dźwigać zbędnych kilogramów, jednak pani miała tyle wdzięku, a wino tyle aromatu, że kupiliśmy jedno o zachęcającej nazwie “Aurora”.

Z rozrzedzoną krwią ruszyliśmy pod górę. Góra ciągnęła się do ukichania. Upierdliwe muszki podążały za nami pukając w szybki okularów. Pieprzone kurduple, każdy z nich koniecznie chciał zwrócić na siebie uwagę, a my za cholerę nie mogliśmy im uciec. Przy drodze ciągnęły się krzaki ołowianych jeżyn. Dobrze, że samochody nie trąbiły jak w Rumunii. Przejeżdżając przez Obzor nie mogliśmy się nadziwić temu, co widzimy. Masa monstrualnych hoteli, niektórych w kształcie zamków, fortec naprzemiennie z wielkimi bilbordami “for sale”. Wszystko puste, nieprzyzwoicie wypasione i jednocześnie odstraszające. Jak się później dowiedzieliśmy, Bułgarzy wybudowali taki sztuczny kurort z myślą o zachodnich turystach, którzy niejako właśnie tam chcieliby wydawać euro i dolary. Osobiście wolałabym kupić wczasy w jakimś “Paradise Beach”, a nie w “Obzor”.

Dzień się ciągnie, tak jak chmura muszek, a z nas kapie słony pot. Po wspinaczce na 400-metrową, przybrzeżną “hopkę” zjeżdżamy do Nesebyru mijając Słoneczny Brzeg (o, jaka zachęcająca nazwa!). Nasze marzenia są skromne: wykąpać się, najeść i spać. Robimy wszystko po kolei. Na plaży po szybkiej kąpieli podchodzi do nas jakiś gość i zaczyna mówić po polsku. Korneli – jak się później okazało – jakiś czas pracował w Polsce i języka nauczył się w trzy miesiące! Pisanie opanował po roku. Niesamowite, to już kolejna spotkana osoba w  Bułgarii, która mówi w naszym języku, w dodatku tak życzliwie i przyjaźnie. Ten gość wyjątkowo poprawnie i bogato wypowiadał myśli, nawet te bardzo osobiste. Z postoju na plaży wywiał nas wiatr i szybko znaleźliśmy odpowiednią knajpę. Sposób wyboru jest zawsze prosty – idziemy tam, gdzie dużo tubylców, skromnie i czysto, a muzyka nie odstrasza. Tak trafiliśmy na pyszne sałatki (szopska obowiązkowo!), paprykowo-pomidorowy misz-masz z jajkiem i owczym serem oraz zapiekany ser w kamionce. Popiliśmy piwem Kamenitza i pojechaliśmy już po ciemku w stronę rozświetlonego starego miasta Nesebyr, gdzie dość niemrawo kwitło życie nocne, choć zapach grillowanych ryb mówił “tu siądź”. Gdybyśmy byli głodni, to owszem, ale sen z przepełnionym żołądkiem nie jest najlepszy. To już wiemy. Światło bajecznie odbijało się od kolorowych burt drewnianych łódek, wpadało w tajemnicze załamania i pęknięcia starych murów. Wrócimy tu, już jutro.

Wtorek, 20. września

Ciągle byliśmy przekonani, że to już czwartek, że tak mało czasu mamy i myśleliśmy o tej beznadziejnej, czasochłonnej podróży do Suliny, gdzie poza lenistwem i zatruciem T. nic nas nie spotkało. Wątpliwości rozwiali nam znajomi z polskiego campera, spotkani w murach starego miasta. Jola & Jano podzielali nasze obserwacje po krótkim  spacerze wąskimi uliczkami. Wszyscy byliśmy chyba trochę zniesmaczeni. Czym?

Nesebyr, miasto “40 cerkwii” z antyczną i średniowieczną zabudową, gdzie styl bizantyjski sąsiaduje z zabudową tracką tworząc niepowtarzalny styl “nesebyrski”. Cała wysepka połączona z lądem wąską groblą to tylko część historycznych pozostałości, duża część znajduje się pod wodą w skutek podniesienia się jej poziomu przed 2000 lat. Widzieliśmy piękne, harmonijne budowle z oryginalnymi zdobieniami z kamieni, muszli, drewna. Niestety, to wszystko można było zobaczyć tylko we fragmentach, tylko zoomem aparatu, tylko zawężając pole widzenia. Całe stare miasto straciło swoją dziewiczość i urok przez współczesne dobudówki. Co kawałek ręce opadały, gdy patrzyło się na nieudolne naśladownictwo dawnego stylu, na wykonawczą fuszerkę i taniochę. Najgorsze chyba były kafle łazienkowe na fasadzie budynku. Ale na tym nie koniec. Wzdłuż każdej niemal uliczki ciągnęły się bazary, kolorowa, chińska taniocha, od plastikowych zabawek po ciuchy, buty, podróby perfum, gdzie nie gdzie trafiał się zakątek z oryginalnymi tkanymi obrusami, ceramiką i antykami. Były oczywiście lody i fast-food. MAKABRA. Czy to wszystko po to, aby odciągnąć uwagę od tandetnych plomb między pozostałościami zabytków? Czy w ten sposób zarabia się na turystach? Czy europejski turysta właśnie tego oczekuje? Czy chiński chłam musi być wszędzie, nawet w zabytku klasy UNESCO? Tak, cały Nesebyr jest na liście światowego dziedzictwa i nikt nie miał nic przeciwko, żeby miasto dorabiało sobie w ten sposób i tak perfidnie zniszczyło perełkę Morza Czarnego, którą kiedyś był Nesebyr…

Pedałując dalej na południe myślałam o tym wszystkim. Chciało mi się płakać, byłam wściekła, to co widziałam i ciągle dostrzegałam odbierało mi siły. Farsa. Absurd. Gdzie my żyjemy? Komercha wszędzie. Nie rozumiem tego nesebyrskiego kiczu tak jak nie rozumiem ludzi jeżdżących autami terenowymi po mieście, facetów depilujących brwi i 13-latek kładących na twarz kilo pomarańczowego fluidu. Dzika Bułgaria – tego przecież oczekiwaliśmy… na wybrzeżu – o, naiwni… Kompleksy hotelowe w formach przeróżnych, od tandetnych pałacyków, pseudo-starogreckich piaskowców po wielkopłytowe straszydła. Rozpasani turyści wożący się ciuchciami przy promenadzie, turyści z aparacikami dyndającymi na brzuchu, turyści opływający w tłuszczach i hotelowych luksusach – brzydzę się tym. To co ujarzmiło moje napastliwe myśli i skutecznie wyprowadziło z chwilowej depresji to bliskość morza i bułgarskie jedzenie.

Po drodze w Burgas wciągnęliśmy mega naleśnika ze słonym serem i dżemem z fig zapijając kawą. Droga do Sozopolu była o tyle dramatyczna, że znaleźliśmy się na niej z deka późno. Mieliśmy dosyć ruchliwej trasy i postanowiliśmy złapać stopa. Staliśmy przy wylocie z Burgas na szerokim pasie dla powolnych, przy którym mokradła i żmije uniemożliwiały bezpieczną toaletę. Co trochę jakiś tir unosił chmurę kurzu na nas i nasze świeżo wyprane ciuchy. Nikt się nie zatrzymał, nikt nawet nie zatrąbił. Już ubrana po cywilnemu musiałam odziać mokre spodenki i jechać. Jechaliśmy mijając co jakiś czas znak z zakazem dla rowerów, koni i traktorów (co za kategoria!). Znaleźliśmy się nagle na drodze szybkiego ruchu, gdzie możliwość złapania stopa była równa zeru. Jest godzina 18, przed nami 25 km, świadomość kurczenia się naszego czasu opowiadała się za tym, żeby jechać. No to wio! Nie byłoby to nic takiego, gdyby nie fakt, że wystarczająco zmęczyliśmy się na drodze do Burgas, a i ten kawałek był dość pofałdowany i stresujący z powodu ruchu samochodów. Klnęłam, krzyczałam, byłam bliska poddania się. T. jednak wziął wszystko na siebie i ciągnął twardo nasz tandem. Tak mnie zassała jego praca na czele pościgu, że nie odrywałam się od jego koła dalej niż na 30 cm. Byle zdążyć przed zmierzchem. Determinacja niesamowita, ale i uszczerbek na włóknach mięśniowych niemały.

SOZOPOL

Rekompensata nadeszła szybko. Tym razem bez zastanowienia wzięliśmy nocleg w pokoju z łazienką za 20 lewa (40 zł za wszystko). Prysznic gorący był szczytem naszych marzeń. Telewizor niekoniecznie, chyba że z rumuńską stacją folkową. Muzyki mieliśmy tego wieczoru w bród. Mydłem wypachnieni i wyczesani wyszliśmy z domu i podążając za restauracyjnym zgiełkiem i muzyką trafiliśmy na koncert. Ach, co to był za wieczór, nic nie trzeba było mówić. Tylko jeść i słuchać. Zespół co prawda miał podkład gotowy, klawiszowiec tylko się bujał, gitarzysta czasami brzdęknął jakąś solówkę, ale za to dwóch wokalistów nadawało tembr całej imprezie. Jeden starszy i gruby w lakierkach, drugi młody laluś, wylizany na glanc. Byliśmy tak zmęczeni, że nic już nas nie obchodziło. Ta muzyka, choć dobitnie popowa, to jednak zawierała takie wschodnie już niuanse podbite bałkańskim rytmem i temperamentem. Cały ten wieczór był esencją czarnomorskiej Bułgarii.

Środa, 21. września

Sozopol to podobne miejsce jak Nesebyr, z tym, że mniej zatłoczone i niezepsute tandetą. Z siatką fig w garści odbywamy luźną przechadzkę i znowu niespodzianka! Kogo widzą nasze oczy? Kto przed nami dumnie kroczy? Jola & Jano. Tym razem dostałam od pani Joli jeden z naszyjników, o których poprzednio wspominała, że sama robi i czasem coś sprzeda (dziękuję!!!). To było w sumie nasze trzecie spotkanie nie licząc pierwszego, kiedy trąbili i machali nam w drodze do Warny. Ach, taki właśnie ten świat mały.

Tutaj kończy się wybrzeże. Mieliśmy już dość kurortów i turystycznej cywilizacji. T. był wykończony po ostatnim sprincie, jednak udało mi się go namówić na wąską asfaltówkę prowadzącą przez tajemnicze tereny rezerwatu Strandża.

I nagle, jakby kurtyna opadła i po chwili zaczął się nowy akt…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Z pamiętnika: wybrzeże Bułgarii

  1. Jolanta Tybur pisze:

    Jestem pod wrażeniem…i wyprawy i wspaniałego,treściwego w smokvy(uwielbiamy!);-) i inne sezamy-opisu! Wróciliśmy dopiero co z naszej wyprawy-włóczęgi.Tak-dzikie kraje tylko w interiorze.Wybrzeża “zjedzone” przez apartamentowce,hotele,ba! wieżowce…zarówno w Rumunii,jak i Bułgarii i Turcji także.Lepiej jest jednak w Grecji.Albania i Czarnogóra w pogoni za?No właśnie…Dlatego Wam trochę zazdroszczę jazdy wiejskimi niteczkami.Ale i my omijaliśmy autostrady,by nagapić się do woli na …ciszę;-)Byliśmy pod wrażeniem Waszej wyprawy i naszego trzykrotnego spotkania,trzymaliśmy za Was kciuki!Pozdrawiamy!Jola i Jano z Krościenka nad Dunajcem.

  2. qtonka pisze:

    Fajnie słyszeć odzew! Już prawie Was uprzedziliśmy ;)
    My zazdrościliśmy za to campera, bo czasami to mieliśmy wielką ochotę sprzedać te rowery. Myślę, że w Istambule to niejeden Turek by się na nie rzucił (z niedowierzania, że takie pojazdy istnieją!).
    Dziko tylko tam, gdzie nie ma ludzi. Bo nawet na szlakach tych mało uczęszczanych zawsze znajdzie się pozostałości…
    Cieszymy się bardzo ze spotkań i wymian serdeczności.
    Do usłyszenia zatem, będziemy w kontakcie!

  3. Jolanta Tybur pisze:

    Ale rower nie żre paliwa i dba o Wasza linię;-) Poza tym wszędzie się zmieści,czego nie można powiedzieć o camperze…No cóż…20 lat mniej i sami byśmy wsiedli na dwa kółka:-) A tak,to tylko troszkę po Pieninach.Pozdrawiamy!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s