Takie sobie zwykłe śniadanie. Czas się zatrzymuje

Nieplanowana biesiada i nocleg u nieznajomego dobroczyńcy stał się punktem przełomowym, jak cios siekierą który oddziela bezpowrotnie dwie spójne części. Cały dalszy bieg wyprawy niemalże nie pasował do poprzednich zdarzeń, choć już wcześniej doświadczaliśmy wielu odwrotów akcji. Będąc kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża czuliśmy jakbyśmy wreszcie zwinęli żagle i stąpali po lądzie.

Czwartek, 22. września

Matej szybko otrząsnął się po pijackim wieczorku z parą wędrownych obcokrajowców. Pierwsze co zrobił, to sięgnął po ostatnią z sześciopaku butlę Kamenitzy i już prawie nam polał. No nie, tacy twardzi zawodnicy to my nie jesteśmy, pijemy, gdy jest ochota,  nie daj Boże z rana! Przejechaliśmy się jeszcze po Rosen uzupełniając bidony z wodą i dostając zza płotu świeżo narwanych pomidorów. Cieszyliśmy się, że nie musimy patrzeć na hotele, wieżowce i cały ten turystyczny majdan.

Jak tylko ruszyliśmy dało się słyszeć tu i ówdzie pobrzękiwanie dzwonków. Owce, bydło – kto wie? Jechaliśmy wąską asfaltówką w coraz cieplejszych barwach, czując nadchodzącą jesień i rześkość po wczorajszym deszczu. Tutaj, w lewo! – krzyknęłam do rozmarzonego T., bo chyba tylko ja zauważyłam malowniczy zajazd z ławką i źródłem wody. Przygotowujemy śniadanie – rozkładamy jak zwykle obrus (taki kolorowy ręcznik, żeby kto nie myślał, że aż tak zboczona jestem!) – po tych dwóch tygodniach wygląda niezachęcająco z tymi wszystkimi skwarami, plamami. Są talerze plastikowe, świeży chleb, ser, masło, oliwa i jajka, które zaraz ugotujemy. Myjemy pomidory pod tym samym kranem, pod którym zaraz zrobię małe pranie zalanych rakiją ze słoika ubrań… niestety. Zakładam jeszcze windstopper, bo coś w plecy zawiewa, aparat i dyktafon w pogotowiu. Śniadanie smakuje doskonale w tej scenerii, wiatr porusza zmęczone słońcem liście, przebija się między pagórkami, świszczy. Zza niedalekiego wzgórza dochodzi delikatne dzwonienie, coraz bliżej i bliżej. W tę łunę wysokich tonów wtapia się głuchy turkot wozu i kopyt. Tajemnica spowija wzgórze, uświęca to miejsce gdzie jesteśmy my, nasze śniadanie, rowery, nasze ciała i dusze, nasze spojrzenia, uśmiechy, nasz oddech i milczenie.

Ciekawość moja sprawiła, że chciałam tam być, bo skoro jestem tu, a TAM jest na wyciągnięcie ręki, to przecież mogę zrobić te kilka kroków i odkryć to, co tak mnie frapuje. Biegnę po objedzonej, niemal łysej łące omijając miejsca “śliskie” i oto na horyzoncie wyłania się pies. Biegnie w moim kierunku, aby wybadać z jakiej jestem partii i czy nie zaszkodzę stadu owiec, które pozostają na szczycie. Piesiulino poczciwy i zna się na ludziach – daje się pogłaskać i zamienić parę serdecznych spojrzeń. Po chwili widzę wóz z podstarzałym woźnicą, zjeżdża z górki jakby miał się zaraz rozsypać i powalić zaprzęgniętego osła. Sama zbiegam pokracznie, jak ten wóz rozklekotany, jak dziecko, które nie może zatrzymać pędu nóg. Stoimy już w trójkę, patrzymy, pakujemy nakrycie “stołu”, rozmawiamy z panem. Co to za rozmowa… jak niemy z głuchym… ale dogadujemy się, bo przecież jesteśmy z tej samej planety. Pan dostaje od nas garść fajek i cukierki, co bardzo rozpromienia jego wywianą, zabrużdżoną twarz. A osioł jak osioł, stoi i patrzy.

Kierujemy się na południowy-zachód, w stronę głównej drogi. Jedziemy przez wioski, lasy, łąki mijając pastwiska owiec, świń, hektary winorośli i ludzi tam pracujących. W takiej scenerii jeździ się naprawdę przyjemnie, wtedy głowa odpoczywa, ciało się energetyzuje i aż kochać się chce! W ostatniej chwili omijam malutkiego żółwika zdezorientowanego na asfalcie. Mieści się w pudełku od zapałek, możemy wziąć go ze sobą! Pierwsze myśli pokazują jak bardzo wszystko traktujemy w kategoriach ludzkich. Zwierzęta nie myślą, ale mają doskonały instynkt, dzięki któremu zachowują harmonię w stosunku do siebie i świata roślin. To homo-sapiens jest gatunkiem, który doprowadza się do autodestrukcji, a przy okazji stawia zwierzętom zabójcze przeszkody, takie jak asfalt. Żółwika całujemy (bez wzajemności), odstawiamy w trawę i błogosławimy na dalszą drogę.

Kolejny raz, kiedy ustawiamy się w zatoczce i próbujemy złapać stopa. Pół godziny nic. Chcemy już się zbierać, kiedy nagle zatrzymuje się wóz…

Myśli może ktoś, że jesteśmy leniwi? Nie tędy… po prostu chcemy jak najszybciej dojechać tam, gdzie kusi coraz bardziej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s