Rower pizzą się toczy

To, od czego się uzależniliśmy w trakcie naszych wypraw, to ciągły ruch, wyzwania widoczne gdzieś daleko (a im wyżej, tym lepiej), pedałowanie do późnych godzin wieczornych, skrajne warunki do spania, niewiadoma kolejnego dnia, dobre lody i wypieki oraz kawa – już nie zamawiamy esspesso, tylko „due caffe”, a oni tylko ostrożnie pytają, czy oby nie lungo (czyli zwykłą americanę).

Ten tydzień od wejścia w góry na nogach (trzech parach) zleciał szybko, z biegiem cudownych, szwajcarskich tras rowerowych i szumem rzeki towarzyszącej nam od Bolzano. Labiryntami sadów jabłkowych i winnic wysunęliśmy się w wysokie partie Alp, gdzie nad ranem odnotowaliśmy 7 stopni Celsjusza, by potem na zmianę pocić się i marznąć przy wyjątkowo zróżnicowanym terenie aż do St. Moritz i jezior w sąsiedztwie ponad 3-tysięczników.

Od kilku dni jesteśmy w okolicach jeziora Como lecz zdążyliśmy uciec w mniej turystyczne rejony, zaliczając kąpiel w jeziorze Lugano i niebagatelne wzniesienia wokół. Przy 840 kilometrach pokonaliśmy 10100 metrów przewyższeń, co odczuwamy w nogach i płucach.

Piątkową noc spędziliśmy na pastwisku, o czym T. dowiedział się wdeptując w świeżego placka, a rano przy śniadaniu obok wodopoju zostaliśmy oblężeni przez stado dzwoniących krów (i byków).

Słońce na niebie bez przeszkód przesyła nam ciepłe „salute”. Szkoda, że dopiero teraz.

Opublikowano Alpy włoskie 2014 | 1 komentarz

Inny bieg

Po raz pierwszy w historii naszych rowerowych wypraw porzuciliśmy sakwy, a nawet cały ekwipunek, by całkowicie oddać się górom i wspaniałemu towarzystwu, jakie wtórowało nam od wtorku.

Najpierw było powitanie w stylu neapolitańskim. Z Thomasem spotkaliśmy się w Trameno, gdzie przyjechał na kolarce znalezionej kiedyś przy drodze. Szybko znaleźliśmy zagajnik z lokalnym winem i po powolnej degustacji udaliśmy się nad jezioro Caldaro, do jego przyjaciela na noc (też Thomasa). Noc wykorzystaną w pełni na wszelkie uciechy ciała i ducha: kąpiel w jeziorze, piwo na pomoście, wspólne gotowanie, jedzenie i rozmowy bez granic przy zapachu tytoniu i winorośli oplatających przestronny taras.

Dość spontanicznie zrodził się pomysł, by zostawić w domu większość bagażu i jechać w trójkę na dwa dni w góry, bo pogoda wyjątkowo sprzyja. Ruszyliśmy po śniadaniu i obowiązkowej kawie z domowej kawiarki na wschód, jednostajnie pod górę, starym kolejowym duktem. W wyższych partiach bez asfaltu nogi przypomniały sobie o górskich maratonach sprzed lat i jak to czasem oddechu brakuje na niekończącym się podjeździe. Dosyć wyrównane siły naszego tercetu pozwoliły nam jeszcze niezbyt późnym popołudniem dotrzeć do celu (gospoda niedaleko Prato), gdzie czekały na nas rarytasy przygotowywane przez 12-osobową rodzinę oraz nocleg… na piętrze obory w sianie (posłanie dostaliśmy gratis). Południowy Tyrol dominuje tu każdą dziedzinę. Większość ludzi mówi po niemiecku (także nasi towarzysze), przysmakiem są gulasz (mit Knödeln), speck z jajkiem sadzonym i tłuste słodkości. W schronisku znalazł się też podchmielony dziadek z akordeonem i żoną w tyrolskich pantalonach, którego muzyki nie dało się dłużej znieść z prostej przyczyny – w basy to już on dawno nie trafiał.

Czwartek równie słoneczny obudził nas intensywną wonią siana i kakofonią dzwonków dojonego i wyprowadzanego bydła. O jabłku i wodzie zaliczyliśmy po sąsiedzku szczyt Black Horn, skąd rozpościerał się widok na panoramę Dolomitów i przełęcz Rosengarten – tam później ruszyliśmy, już na rowerach. Jezioro Carezza, trial po lasach, wreszcie zjazd urokliwym wąwozem na szosę do Bolzano by spotkać się z drugim Thomasem i zmienić kierunek wyprawy na zachodni. Ale o tym wkrótce.

Zasypiamy w Szwajcarii. Za nami prawie 500 km. Dlaczego tak mało, o tym też przy następnej okazji.

*Więcej zdjęć do tego wątku w poprzednim wpisie.

Opublikowano Alpy włoskie 2014 | Dodaj komentarz

Tempo italiano

Zaledwie tydzień minął, a mam wrażenie, że jesteśmy tu od dużo dłuższego czasu.

Wszystko zmieniło tempo odkąd spotkaliśmy się z naszym znajomym przed lat i zdaliśmy na towarzystwo Włochów z Tyrolu. Biesiada, jazda po wyższych partiach Dolomitów bez sakw (posmak MTB), nocleg w oborze na sianie i dużo dobrego jedzenia i picia.

Dzisiejszą noc spędziliśmy przy ognisku w towarzystwie kilku biesiadników. Teraz uderzamy z Thomasem na 2500 by spędzić kolejną noc w schronisku. Takiego biegu wydarzeń nie przewidzieliśmy. Dużo by pisać, a czasu – nawet tego włoskiego – mało.

Opublikowano Alpy włoskie 2014 | Dodaj komentarz

Montana od rana

Przełamaliśmy 200 km, co przy tej kondycji (zasiedzialstwo komputerowe) i warunkach pogodowo-geologicznych (góry) jest wyczynem. Choć nie ma się czym chwalić, a najmniej naszym porannym zbieraniem do podróży, co jeszcze po 4 dniach nie weszło w nawyk.

Ostatnie trzy noce to kolejno: wspaniała gościna w Rezzato, gdziem jedli i pili do oporu w agroturystyce Ambrozio, potem całkiem desperacko znaleziony zagajnik przy polu kukurydzy w Loppio i dzisiaj pole namiotowe przy jeziorze Caldonazzo, 20 km na zachód od Trento.

Poza uciechami podniebienia znaleźliśmy balsam dla ciała w postaci kąpieli w jeziorze Garda. Innych balsamów brak, bo gdziekolwiek ruszymy, nawet najcieńszą z dróg widoczną na mapie, sznur samochodów jest nieodłączny. Wczoraj wyjątkowo mało ich było gdy wspinaliśmy się przez przełęcz Bordala i Valle di Cei.

Mamy się spotkać ze znajomym. Może wtedy wybór drogi będzie bardziej… świadomy.

Opublikowano Alpy włoskie 2014 | Dodaj komentarz

Ecospedition po raz 10!

Jesteśmy! Improwizowany wypad (bo trudno mówić o wyprawie) jest sumą naszych tęsknot – do gór, dobrej strawy, świeżego powietrza, zwolnienia tempa i zwiększenia obrotów korbą. To, czego potrzebuje każdy workoholik, ale nie jest tego świadom.

Kilka godzin w Bergamo, bajeczne lody, 30km jazdy, pizza i wino wystarczyły (!), by pozbyć się napięcia i wrzucić na włoskie „tutto bene”.

Cała noc lało – tutto bene! Lało do południa i przedsionek namiotu pływa – tutto bene!

Włosi się dopiero obudzili, co słychać. Ruszamy z Ciusane w stronę jeziora Garda.

Opublikowano Alpy włoskie 2014 | Dodaj komentarz

Szkocki finał przez zamki i pola golfowe

Zjechaliśmy z gór i gotowi byliśmy odciążyć nasze nogi, plecy, nadgarstki i siedziska. Zapomnieliśmy o tym, co czyha na nizinach, by bezczelnie zatrąbić prosto w twarz. Ostatnie dni przed wylotem chcieliśmy brać pełnymi garściami. Żaden wiatr nie był w stanie nas pozbawić tej siły, która pchała nas przez ostatni etap podróży – półwysep Fife.

Zahaczyliśmy o zamek Glamis  i to był jedyny, który pozwoliliśmy sobie spenetrować od wewnątrz. Wybór dobry – niespieszna przechadzka po komnatach pełnych specyficznego ciepła i niesłychanego blichtru. Tu urodziła się królowa Matka, a dzieciństwo spędziła Królowa Elżbieta II. Szkoci dorobili kilka mrocznych legend o niektórych zakamarkach, by te, niektóre całkiem fantastyczne, zapadły w pamięć na zawsze. Przyznać jednak trzeba, że i bez nich zamek jest po prostu wspaniały, a ten najsłynniejszy w Stirling nie dorównuje mu swoją proporcjonalnością i urodą.

Postanowiliśmy objechać półwysep Fife decydując w międzyczasie na przystanki. Kilka miast po drodze spowolniło przemieszczanie i wyostrzyło nasze zmysły. Dundee zaliczyliśmy wizytą w Lidlu i kilkoma zdjęciami. Większą uwagę poświęciliśmy słynnemu St Andrews ze średniowieczną zabudową, będącego stolicą golfa, mieszczącego najstarszy szkocki uniwersytet oraz kilka innych zabytków w stanie ruin. Gdy tu dotarliśmy, obowiązkowym punktem wstępnego rekonesansu był przystanek na fish&chips. W parnej dziupli wiła się kolejka na 20 minut, ale to co się wystało było wystarczającą rekompensatą. Najlepsze frytki i jedna z najlepiej przyrządzonych ryb (haddock – łupacz), jakie skosztowaliśmy w Szkocji. Na długo zapamiętamy również intensywnie żółte barwy zachodzącego słońca obserwowanego z nadmorskiego klifu, gdzie rozbiliśmy namiot.

Przedostatni dzień w siodłach był ciężki. Wiatr, samochody i kurz. Jedyna droga wokół półwyspu to ta wspólna ze zmotoryzowanymi (Szkoci są leniwi, to jest fakt). Monotonia i tęsknota do górskiej przestrzeni przysparzały dodatkowego ciężaru. Portowe miasteczka, choć urokliwe i przyjemnie gwarne, nie znalazły w nas większej aprobaty. Zboczyliśmy do bunkra, dosłownie. Ta wątpliwa atrakcja dla wrażliwych pacyfistów to położone 40 m pod ziemią pomieszczenia o łącznej powierzchni dwóch boisk piłkarskich, które miały pełnić rolę schronów i miejsce dowodzenia w razie zagrożenia atakiem nuklearnym ze strony Rosji podczas Zimnej Wojny. Rekonstrukcja, przyznać trzeba, doskonała i działająca na wyobraźnię. Po godzinie krążenia robi się niedobrze, człowiek zastanawia się – po co to wszystko? Dla względnego bezpieczeństwa? Pokoju? Hipokryzja.

Ostatnia dobra noc w namiocie po 90 km ciśnięcia na pedały. Loch Leven niezbyt przyjazne dla pragnących kąpieli – glony, szkło i pijawki. Jednak gdy teraz o tym piszę, bez namysłu mogłabym tam jeszcze raz wejść po kolana i po raz kolejny zmywać z siebie warstwę pyłu i muszek przyklejonych w ostatnim podrygu skrzydeł.

Do Stirling toczyliśmy się kilkadziesiąt kilometrów między gęstniejącą siatką dróg. Zaliczyliśmy zamek przedzierając się od niechcenia między tabunami turystów i wsiedliśmy w pierwszy lepszy pociągu do Glasgow.

Tam się przygoda kończy. Na publicznej trawie z haggisem i rybą w ręku.

Mieliśmy dobrą gościnę, za którą bardzo dziękujemy Magdzie i Mariuszowi.

Cyferki na liczniku dawno przestały nas ekscytować, ale było ich trochę.

Ponad 1200 km.

Pięknie.

Opublikowano Szkocja 2013 | 2 komentarze

Tysiąc w nogach

Nasza podróż to droga i codzienne rytuały. To zupełnie inne przygody, niż te z poprzednich lat, które wynikały bardziej z naszego nieprzygotowania lub niedoświadczenia. Nigdy wcześniej warunki nam tak nie sprzyjały, jak tutaj, choć mogłoby się zdawać, że to właśnie trudy i znoje stwarzają pełen koloryt. Ale czy to nie słońce nadaje kształtom najgłębszy cień?

Kiedy napisałam ostatnio, że górska monotonia wschodniego Highland za nami i chcielibyśmy zaznać czegoś bardziej ludzkiego, to już gdy to publikowałam – w obskurnym barze przyhotelowym – zaczynałam tęsknić do tej nieskazitelnej ciszy i zielono-brunatnych przestrzeni. W piątek rano wyjechaliśmy z Dingwall do dużego miasta Inverness. Szybki objazd w lekkim szoku, slalom po deptaku, rundka wzdłuż rzeki Ness, ciastka, lody i kawa na krawężniku. Obserwowaliśmy miasto ofensywne, napędzające rynek i nakręcające ludzi do gwałtu na sobie i tym, co jeszcze pierwotnego zostało. Między wspaniałą XIX-wieczną zabudowę wdarły się molochy handlowe i inne wypełniacze. Tutaj pierwszy raz pojawiły się przed naszymi oczami budki z kebabem i wszystko, co azjatyckie. Jest to jednak na tyle kontrolowane, że ciągle można podziwiać Szkotów za przywiązanie do tradycji i firmowanie tego, co najlepsze.

To był mały akcent metropolii na naszej trasie, po godzinie znaleźliśmy się na jednej z najcudowniejszych tras, z Farr do Garbole. Długi podjazd odsłonił przed nami niedawne smaczki, mozaikę kosodrzewiny i tą nieuchwytną, niezmierzoną połać górskich nierówności. Zatrzymaliśmy się by zapamiętać tę ciszę otaczających nas 600-metrowych wzniesień. Potem już było z górki przez coraz gęstsze lasy, stare, kamienne mosty, wiejskie domy i zagrody. Tak dokulaliśmy się do Carrbridge, gdzie widząc białe ławeczki przeludnionej knajpki i ludzi przy niej gwarzących, nie mogliśmy się powstrzymać, by nie usiąść przy piwku. Po chwili zagadała do nas para Anglików mieszkających w Szkocji od dłuższego czasu i łyk po łyku, minuta po minucie przemieniały się w czasowy bezkres. Gawęda, słońce i opróżniająca się szklanka pojemności jednego pinta. Rozbawiło nas ich narzekanie na stan szkockich dróg, które naszym oczom jawią się jakby były rozwijane z rolki. Widocznie każdy musi mieć powód do ponarzekania, nawet gdy pogoda bez zarzutów. Nocleg przy jeziorze Loch Garten w iglastym lesie z jagodami przypomniał nam ten w Norwegii, niedaleko Kongsberg. Tam jagody były tak dojrzałe, że puszczały sok przy zrywaniu. Woda w jeziorze lodowata i też tak ruda jak tutaj. Rano pływaliśmy, a piechury nas pozdrawiały przechodząc obok namiotu nad samą wodą.

Trzy dni jechaliśmy przez Cairngorms National Park. Początkowo nasze wyobrażenie było związane z tym, co zaznaliśmy nad jeziorem, a tymczasem okazało się, że jesteśmy w górach i to nie byle jakich. Niewysokie, z najwyższym szczytem Braeriach 1295, bezludne jak na zachodzie i z krętymi drogami. Poczuliśmy je w nogach, ale też w uszach przy rekordowych zjazdach 70 km/h. Ponownie droga usłana była wełnianymi kłębami, sąsiedztwem owiec oraz… suszonymi królikami, jeżami i bażantami. To niepowtarzalne uczucie, kiedy pedałuje się pod 20-procentowe wzniesienie i zdaje się, że widać jego koniec, a to tylko zakręt, za którym dopiero wyłania się prawdziwa droga pod górkę i wije po horyzont. To bez wątpienia nasza górska etapówka życia, bo zaczęła się już na samym początku przygody ze Szkocją.

Nie narzekamy na brak wrażeń. Bardzo spokojnie, trzeba przecież jechać, zrzucać łańcuch na najmniejszy blat i deptać nieustannie. Jakąkolwiek drogę obierzemy, będzie dobra, bo wszystkie szlaki poza głównymi prowadzą przez malownicze tereny bez przydrożnych reklam, bez natłoku znaków drogowych, bez wyrw w asfalcie. Nie robimy na kierowcach wrażenia, ostrożnie nas omijają, a przy słabej widoczności drogi jadą cierpliwie za nami. Szkoci są wygodni – wolą kampery, motory i ewentualnie piesze wycieczki, bo szlaków jest tu co niemiara. Spotykamy sporadycznie kolarzy. Jeden nawet podjechał do nas i poprosił o pomoc, bo kupił właśnie odgiglaną kolarkę i w sklepie mu nie pokazali jak się zmienia przerzutki!

Jesteśmy blisko wschodniego wybrzeża, kierunek St Andrews i dalej na południowy zachód. To, co dokucza, dalej nie przestaje. Wszędzie swędzi i piecze. Słońce nie ma dosyć,wiatr też zaczyna pieścić.

Jeszcze będą zamki, kilty i dudy. O szkockich smakach też cały rozdział.

Kwitnie rzepak i lipa. Pachnie czarny bez.

Opublikowano Szkocja 2013 | Dodaj komentarz