EcoSpedition


Nowa jakość na nowy czas

Obeszły mnie problemy ekologii. Cieszę się, że świadomość wzrasta. Nie emocjonuję się do łez, jak to zwykłam miewać. Nie oglądając się dookoła podnoszę z chodnika opakowanie po chipsach, które za chwile miałoby wylądować we wrocławskiej fosie.

“W BLOKACH”

Nastaje taki czas w roku studenckim, że choćby się bardzo chciało, to jest się uziemionym. Przed nami praca magisterska i inżynierska. I nasze pasje sięgające granic intensywnego treningu – trenażer, narty biegowe, bieganie po ośnieżonych chodnikach. I marzenia o podróży. W których najbardziej pomaga muzyka. Muzyka je stymuluje.

PODRÓŻUJĄC…

W naszej wyobraźni istnieje kilka miejsc, które dzięki muzyce przyciągają nas szczególnie mocno. Cel jeden, drugi, trzeci – nie wszystkie naraz, ale odkrywczo, niczym powolne dozowanie przyjemności, aby była przyjemnością jeszcze większą.

Islandia - za film Heima ukochanej grupy Sigur Rós oraz duch muzyki ludowej, który tak wyjątkowo przenika współczesnych artystów

Szkocja - za góry, whisky i Sean’a Connery

Węgry, Rumunia, Mołdawia – za czerwone wina, mam wrażenie, że niedoceniane i zepchnięte na dolne półki sklepowe oraz dla niskich cen

Włochy – za szynkę parmeńską, owoce morza, suszone pomidory, parmezan, słodką cippolę i lody, ale przede wszystkim za Vivaldiego, Monteverdiego, Verdiego, Pucciniego i… Luciano Pavarottiego

Łotwa, Litwa, Estonia – bo ich nie znamy

Norwegia, Szwecja, Finlandia – bo pragniemy naszą podróż kontynuować…

TYM CZASEM…

Zdobyliśmy się na małą robótkę. Robótka to ręczna, limitowana, całkowicie oryginalna i naturalna (poza tuszem drukarskim i klejami do papieru). Obdarowaliśmy swoich najbliższych kilkoma egzemplarzami naszego pamiętnika EcoSpedition 2009. Początkowo myślałam, że zamiar jego wydania skończy się na planach kreślonych w głowie przed zaśnięciem. Zapał jednak przyćmił wątpliwości. Oto wynik:


Rzeczy, które cieszą

Na naszym osiedlu większość mieszkańców przekroczyła 60-tkę.

Na naszym osiedlu są trzy kontenery do segregowania odpadów.

Na naszym osiedlu jest inwazja gołębi i jorków – jedno i drugie to szkodniki, jakich mało, szkodzą zarówno wizerunkowi osiedla, jak i psychice tych jeszcze zrównoważonych…

Na naszym osiedlu, jak koszą trawę raz na miesiąc, to przy okazji koszą wszystko, co uda się nam zasadzić.

Na naszym osiedlu jest stała, dozorująca ekipa, tzw. słonecznikowy patrol. Nocny dozorcy z magazynkiem butelek pełnych… kruchej nadziei…

Codziennie, urzędując w kuchni, mam stały ogląd na to zacne towarzystwo. Jest Mafiozo, Słonecznik, Wara, AlePanŚwieży, TaZpudlem, FatBoySlim, Psychoza z kotem na smyczy, Gołębiara vel. Gołębie Serce i rosły Aleksander. Ostatnio patrzę, idzie poranny Słonecznik chwiejnym krokiem, niezbyt świeży. Niesie w ręce pięć plastikowych butelek, z czego cztery to brązowe, po tanich browarach. Idzie.

Z najzwyklejszej, ludzkiej ciekawości śledzę jego posuwisty krok i odprowadzam go wzrokiem do pobliskiej gimeli. Mija ją! Idzie dalej, jakby pewniej i dumniej. Wszystkie odpady po swoich intensywnych, nocnych przemyśleniach wyrzuca do kontenera na plastiki.

Niech ten poczciwy, nocny strażnik będzie nam przykładem!


Innowacyjne ekotechnologie w praktyce – docenione!

Czysta energia - ostrowski wiatrakProblemy środowiska naturalnego. Ostatnio tylko ręce mi opadały, będąc zaledwie uczestnikiem życia w społeczeństwie. Dzisiaj pewne akcje powoli zaczynają dawać mi nadzieję  i napełniać dumą. “Lider Polskiej Ekologii” – ogólnopolski konkurs dla ekologicznych i innowacyjnych przedsiębiorstw rokuje pozytywnie i stwarza nowe, zdrowe reguły konkurencyjności.

Tak się miło składa, że wyróżnienie w kategorii Zarządzanie wodą, energią i odpadami otrzymała Telewizja Kablowa Promax z Ostrowa Wielkopolskiego – szczególnie mi bliska, nie tylko dlatego, że z jej usług korzysta większość moich znajomych, ale… Po prostu jestem dumna z tego, że te wszystkie proekologiczne inicjatywy Promaxu zostały zauważone i już teraz stają się inspiracją dla innych przedsiębiorstw. Są to:

  • pompy ciepła, które ogrzewają i chłodzą budynek
  • system solarów ogrzewających wodę
  • elektrownie wiatrowe produkując czystą energię
  • segregowanie odpadów na terenie firmy

Konkurs to nie byle jaki, bo przy okazji wielkiej gali, nagrodę wręczył sam  Minister Środowiska – Maciej Nowicki.

Ekologiczni, innowacyjni – onet.biznes

Lider Polskiej Ekologii – promax.media

Konkurs Ministra Środowiska – strona konkursu

Serce roście.


Cmentarzysko – wysypisko

Temat jednoznaczny. Zawsze będąc na cmentarzu zastanawiałam się, gdzie te wszystkie odpadki lądują – plastikowe kwiaty, plastikowe doniczki, plastikowe wieczka na szklane lub plastikowe znicze z plastikowym wkładem, nie mówiąc o plastikowych “jednorazówkach”, bez których większość nie może wyobrazić sobie życia.

49622_1194558672_90fb_p

Moja wrażliwość mnie wykończy. Mam wrażenie, że tylko ja coś z tym robię i segreguję. Moja mama też nie ma oporów wziąć z grobu zużyty wkład, włożyć do torebki i wyrzucić do plastików. Serce mi się kraje, gdy podchodząc z roślinno-liściowymi odpadkami pod wielki kontener widzę tę hałdę zanieczyszczeń, które i za sto lat się nie rozłożą.

Mam w głowie obrazek sprzed lat, kiedy to na cmentarz wjeżdżał wóz konny. Woźnica podjeżdżał i ładował na ten wóz wszystkie odpady. Teraz to koń by nie drgnął pod tym ciężarem. Kiedyś pamiętam nawet znalazłam na górce śmieci roślinkę w doniczce, którą wsadziłam do ziemi i jeszcze zakwitła. Dzisiaj byłabym dziwna, bo żyjemy w dobie jednorazówek. Znicze – już nikt tego nie myje (oprócz mojej mamy), wkłady – już nikt nie nalewa bulgoczącego wosku do wielkich zniczy z knotem własnej roboty (jakież one były wdzięczne i klimatyczne), sztuczne kwiaty – już nikt tego nie pierze, nie czyści, bo tanio można kupić chińskiej produkcji.

Dlaczego tak jest? Na to pytanie odpowiada Katarzyna Tymowska w krótkim artykule z najświeższego numeru Tygodnika Powszechnego:

http://tygodnik.onet.pl/32,0,35395,cmentarne_trendy,artykul.html


Odnowa mentalności. Możliwe? – krótki wpis chaotyczny

Przestój w pisaniu spowodowany szokiem studenckim (ostatni rok!)

Najgorsze jest to, że nie wiadomo czego się chwycić.

Najlepsze jest to, że w głowie pełno pomysłów na wpis kolejny, mnóstwo wątków do poruszenia.

Najgorsze jest to, że pomysły przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach – na wykładach, podczas jazdy rowerem na basen, na basenie, w tramwaju. Wszędzie, gdzie tylko nie jest możliwe wykonanie zapisu.

NA TEMAT

Powieje nudą, gdy napiszę, że tęsknię do Skandynawii. Nie będę więcej o tym pisać. Co ciekawe w ostatnich tygodniach, to to, że odkrywam Polskę i Polaków. Jesteśmy cholernymi krzykaczami i awanturnikami. Bez problemu można twierdzić, że mamy charakter południowców w przeciwieństwie np. do poukładanych (poprzekładanych wręcz) Niemców. Takim temperamentem można wiele zdziałać, ale i zaszkodzić. Zauważam też coraz więcej obojętności – niestety – wobec tych przekrzykujących się panów i pań u góry. Chcemy żyć lepiej, a brak nam odwagi w “zabraniu głosu” (specjalnie w cudzysłowie, gdyż chodzi o różne działania). Za to uwielbiamy narzekać, narzekać, narzekać. Ja sama narzekam pisząc ten wątek. I tu się mam! – najczęściej bowiem narzekamy na innych, a nie na siebie! Nic bardziej niebudującego.

Cóż wynika z powyższego lania polskiej lamentacyjnej mamałygi? Ano to, że wcale nie jesteśmy pokrzywdzeni przez system, przez ustrój itd, tylko NAM SIĘ NIE CHCE. A do tego przez to, że nam się nie chce, jesteśmy podatni na MANIPULACJĘ.

Odnowa mentalności polskiej.

Czy jest to możliwe z upływem czasu?

Czy jesteśmy w stanie czerpać z pokładów naszej buntowniczej natury?

Czy w sprawie działań proekologicznych, odnowy kultury i jej pielęgnowania, bojkotu polsatowej taniochy (*sobotnia Gala Boksu – Jezusie Maryjo!!!) – czy możemy się zdjednoczyć?

Czy ktoś to do cholery widzi?

*Nie mogłam tego oglądać bez głośnego przeklinania. Reklamy w przerwie każdej rundy – a tak chciało się popatrzeć jak opatrują poturbowanego Gołotę, jakie miny ma publiczność, trenerzy… Do tego zmutowany, przeładowany drażniącym growl-basem głos Krzysztofa Ibisza – komedia! Ten chłopiec, pajacyk wszystkich Tv-show zapowiada pojedynek Gołoty i Adamka. No i co najważniejsze – był komentarz Bońka…


Skandynawskie powroty

koniczynka

Czas płynie. Spotykamy się ze znajomymi, opowiadamy, słuchamy opinii, spostrzeżeń, śmiejemy się i narzekamy. Niejednokrotnie wątek społeczny jest bardzo wnikliwie poruszany. Polska a Skandynawia. Tak, można się załamać widząc tą przepaść głęboką. Można płakać i bić się w pierś, że jest się Polakiem, jednocześnie kochając swój kraj i chcąc dla niego jak najlepiej. Codziennie o tym myślimy, codziennie rzuca się w nasze oczy ludzka bezmyślność, chytrość i obłuda. Wcale nie chcemy tego widzieć, bo jesteśmy ambitni, pełni energii i pomysłów na budowanie własnego mikroświata, w oparciu o pozytywy i dobre idee. Widzimy aż za dużo.

Skandynawskie migawki wyrywają się z pamięci i karmią naszą nadzieję, że jednak wszystko jest do zrobienia, a świat czeka otworem.

Koniczynka…

Leniwe niedzielne przedpołudnie. T. z wędką na brzegu rzeki cierpliwie czeka na naiwnego pstrąga. Od dłuższego czasu stoję w jednym punkcie, tuż przy jezdni, korzystając z Internetu bezprzewodowego. Absorbujące… Podchodzi do mnie dziadek i zlepkiem norwesko-angielsko-niemieckim próbuje nawiązać kontakt. Nie wiem, co dokładnie mówił, ale wymieniając wzajemne uśmiechy rozumieliśmy się doskonale. Promieniejący starszy pan, który wcześniej opalał się na parkingu, teraz nachyla się i zrywa z coś z ziemi. Patrzę co robi, a on pokazuje mi koniczynkę, po czym wkłada do ust i zjada. No cóż, nie chcąc, aby czuł się odosobniony, robię to samo i mówię – “delicious!”. Znajomości kuchni polowej i ekstremalnych technik przetrwania nigdy za wiele!


O Polakach za granicą cichy lament

Poza tymi chwilami, które mogłyby trwać wiecznie, zdarzały się podczas naszej wyprawy niestety takie, które najlepiej puścić w niepamięć.

Polacy w Skandynawii. Nie można tego tematu rozstrzygnąć obiektywnie, bo zdarzają się przypadki skrajnie różne. Można generalizować, ale to może być krzywdzące dla tych, którzy są jak najbardziej w porządku. Napiszę więc to, co słyszałam i zaobserwowałam podczas miesiąca naszej EcoSpedition.

Kraje Skandynawskie są stosunkowo drogie, a szczególnie Norwegia. Podatki są tam niebotyczne, jednak za tym idzie wysoki standard życia, dobra infrastruktura, sieć komunikacyjna i wszystko inne – jak się patrzy – lepsze niż w Polsce. Dodałabym jeszcze coś, ale to już nie zależy od zasobności budżetu – mądre rozwiązania. Wysokie zarobki i to wszystko wyżej wymienione sprawiają, że dużo ludzi zza granicy przyjeżdża tam pracować, a nierzadko zostaje na stałe. Przyjeżdżają także Polacy.

Słyszeliśmy opinie różne, ale najbardziej zapadają w pamięci te negatywne.

- Polacy kradną

- Polacy kombinują

Oczywiście, w życiu trzeba sobie radzić w różnych sytuacjach i my – Polacy POTRAFIMY. Niestety niektórzy z NAS sięgają po najgorsze środki.

Doświadczyliśmy chwil, kiedy woleliśmy się nie przyznawać, że pochodzimy z Polski.

- Widok całej ekipy Polaków stojących przed drzwiami akwanarium w Bergen. Wszyscy palili papierosy, stali przed drzwiami rozsuwanymi, które ciągle się otwierały, bo nie mieli na tyle wyobraźni, aby się przesunąć. Mało. Dym wlatywał do środka, gdzie były same rodziny z dziećmi i tak jak oni, czekali aż przestanie padać. Mało. Dziewczyny paliły w pozycji kucającej, więc ludzie po drugiej stronie drzwi byli zmuszeni oglądać ich skąpą bieliznę i fragmenty pośladków. Dobrze tylko, że nikt poza nami ich nie rozumiał, bo by mu uszy zwiędły.

- Na parking przy jeziorze podjechali Polacy. Ci, z którymi rozmawialiśmy i którzy poczęstowali nas bułkami. Disco polo z głośników przeżyliśmy. Nie można od razu oceniać po muzyce… (…). Ze wszystkimi przecież można porozmawiać, nie sprawiając komuś przykrości tym, że ma się zupełnie inne gusta i więcej ogłady w używaniu języka polskiego. Cała rodzina przyjechała do Norwegii pracować. Wszyscy bardzo przyjaźni i uśmiechnięci. Bardzo nas to cieszyło. Potwierdzali nasze spostrzeżenia: „nooo, ale pięknie i czysto, ta natura taka piękna, te góry, wszystko…no…” . Wywołało to naszą aprobatę, mimo, że większość z nich zanieczyszczała powietrze dymem papierosowym. Śledziłam wszystkie ruchy palących. Czekałam na jeden moment. Stało się. Faja zgaszona, w krzaki wyrzucona.

- Kolejne dwa samochody przyjechały na parking. Słyszeliśmy mowę polską. Śmichy – chichy, przerwa na papierosa. Wbiliśmy wzrok w talerze, na których jedliśmy śniadanie, aby nie musieć nawiązywać dialogu. Zakończenie ich postoju nas nie zaskoczyło. Pety przydepnięte, można jechać.

Rozumiem, jeżeli jest to miasto i miejsce, gdzie nie ma kosza. W mieście się sprząta, więc łatwiej zadbać o ogólną czystość, ale i tak powinno się mieć trochę wyczucia. To było miejsce parkingowe przy trasie, otoczone dziką zielenią i górami. Były nawet kosze na śmieci… Za daleko? Za ciężka klapa? Nie. To jest problem mentalny i chyba narodowy. Zauważyłam, że w Polsce większość ludzi dba tylko o to, co jest ich własnością. To, co za płotem, już ich nie dotyczy, niech się tam dzieje co chce. Stąd te dzikie wysypiska w lasach, bo po co płacić za wywóz śmieci? Stąd brudne i zniszczone przystanki, ławki i inne użytki publiczne – bo przecież ja z tego i tak rzadko korzystam, albo wcale… No tak, a potem jeździ się za granicę i chwali, że tak czysto, że tak dbają, bo pewnie mają pieniądze. Nic bardziej błędnego. Dbają, bo chcą, bo widzą i wiedzą, że nie tylko ich własność, ale i otoczenie jest ich wizytówką.

Mogę zatem podsumować ten wątek zmieniając nieco nasze polskie przysłowie „Cudze chwalimy, swojego nie znamy” na:

Cudze chwalimy, bo o swoje nie dbamy


Skandynawskie migawki w pamięci ukryte

Minął już tydzień. Trudno się wraca po miesięcznym pobycie na obczyźnie. Czas od wylądowania na polskiej ziemi zleciał nieubłaganie. Ten tydzień był okresem przejściowym, aby powrócić do rzeczywistości i codziennych zajęć, za którymi tam się tęskniło. Teraz sytuacja jakby odwrotna – tęsknimy do tego, co tam było na wyciągnięcie ręki, choć nie zawsze wygodne, nie zawsze przyjemne.

Jest kilka szczególnych, takich bardziej osobistych zdarzeń, które zapadły głęboko w pamięć. Jedne bardziej sentymentalne, inne nawet śmieszne.

MUZYKA…

Drugi tydzień wyprawy. Jesteśmy w zamku Lacko. W toalecie podłączyłam ładowarkę z baterią do aparatu. Poszliśmy zwiedzać wnętrza, a raczej ich pozostałości. Weszliśmy do niedużego pomieszczenia z ekranami, na których wyświetlana była historia zamku. Z głośników dobiegała muzyka. Zastygłam nieruchomo, wsłuchując się zachłannie i próbując skojarzyć znajome dźwięki. Tak dawno nie słyszałam muzyki, a to w dodatku coś, jakże bliskiego mojemu sercu. Bach, II Koncert Brandenurski z koncertującą trąbką. Nikogo nie było oprócz T, ale nawet przed nim trudno mi było ukryć łzy.

SPOTKANIE…

Stromstad, ostatnie miejsce naszego pobytu w Szwecji. Właśnie zrobiliśmy zakupy, duże zakupy, bo przed nami całe dwa tygodnie w Norwegii, która jest pioruńsko droga nawet dla Szwedów. Wychodzimy z marketu pchając nasze objuczone rowery. Opieramy o znak, aby jeszcze skompresować sakwy, które nie chcą się domknąć. Podnoszę głowę i w pierwszej chwili nie wiem co jest grane. Jakaś znajoma dziewczyna, która uśmiecha się i równie zszokowana wykrzykuje “Heeej!!”. No tak. Niemka, z którą spaliśmy w jednym pokoju, dwa tygodnie wcześniej w Malmo, u Henrika! Skąd się tu wzięła? Nawet nie pamiętałam jej imienia. Może przy następnym spotkaniu zapytam.

Świat jest mały…

CHWILOWY ODLOT…

Jechaliśmy znad szwedzkiego jeziora Wener ku wybrzeżu. Pedałowaliśmy z trudem, smagani silnym wiatrem, który wiał od frontu. Mogłam narzekać, mogłam wrzeszczeć (co się zdarzało) i kląć na wszystkie żywioły, ale wybrałam postawę twardziela i zachowałam pokorę do końca dnia. Jedyne czego nie dało się opanować po kilku godzinach jazdy, to roztargnienia. W połowie trasy zaczęły wyłaniać się po bokach  ogromne skały, których nie sposób było nie zauważyć. Wyciągnęłam aparat oszołomiona wiatrem i widokami. Jadąc ścieżką przedzieloną od jezdni niewysokim murkiem i słupkami trzaskałam jedno zdjęcie za drugim (połowa do usunięcia, bo nieostra). Znowu unoszę aparat, patrzę w wizjer jedną ręką panując nad rowerem. Nagle widzę w wizjerze, jak wyłania się przede mną biały słup. Ułamek sekundy – to już koniec – myślę – po zawodach, po piszczelach, noga do wymiany! A tu ku mojemu zdziwieniu okrągły słup ugina się przy zetknięciu z moją nogą. Oszukany! Nie był metalowy, ani nawet nie był okrągły tylko półokrągły! Przejeżdżam, słup powraca do pionu…


Skandynawskie wozy przez pryzmat polskiego wieśniackiego tuningu

Przeglądając zdjęcia z wyprawy natrafiamy na kilka motoryzacyjnych perełek. Było tego mnóstwo, nawet zdarzały się całe korowody! Skandynawowie lubują się szczególnie w amerykańskich klasykach, które dopieszczają do ostateczności.

Patrzcie, rodacy, co to znaczy ODPICOWANA FURA!!!


Oslo i powrót ponad chmurami

Trzy dni bliższego kontaktu z ludźmi dobrze nam zrobiły. Krótki okres przejściowy. Stopniowy powrót do cywilizacji.

WTOREK/ŚRODA
Opóźnionym pociągiem dotarliśmy do Oslo grubo po północy. Nieszczęsna chińska wędka (choć naznaczona krótkotrwałym szczęściem zjadaczy młodego dorsza) odjechała pociągiem w siną dal. I dobrze, choć to nie wina wędki, że nasze połowy były marne.
Ostatnim metrem na dwie gapy (plus rowery) podwieźliśmy się tyle stacji, ile się dało, aby dotrzeć do celu. Ania – studentka skandynawistyki – dała nam instrukcję, jak dostać się do jej pokoju. Sama spała u chłopaka (dziękujemy za zaufanie i pozdrawiamy!). Kilka kilometrów pod górę do akademików. Pierwsze drzwi otwarte, światło zapalone, wycieraczka, pod nią karta magnetyczna. Po cichu ściągamy toboły z rowerów, jeszcze ciszej wchodzimy po schodach i na korytarz. Cisza nocna, ale raz po raz głodny Norweg przemknie do kuchni dziabnąć coś z lodówki. Nasz pokój jak cukierkowe pudełeczko, aż żal było wstawiać brudne sakwy, a jeszcze większy żal był, gdy je otworzyliśmy i wypuściliśmy w powietrze wilgotnego ducha fiordów. W łazience z ogrzewaną podłogą zmyliśmy z siebie kilkudniową powłokę i ciągle nie wierząc we własny los ułożyliśmy się na miękkich materacach.
Mimo deszczu za oknem błogi sen ukoił nasze zużyte ciała. Całą środę snuliśmy się między pokojem, kuchnią a łazienką. Pranie i suszenie kilkudniowych gnilców było niezbędne, aby oczyścić atmosferę na naszym piętrze. Poznaliśmy mieszkańców – Amerykanina, Francuza, Czeszkę i Norwega. W końcu spotkaliśmy się w mieście z naszym dobroczyńcą. Postanowiliśmy zrobić wspólny obiad, który właściwie niewiele odbiegał od codziennej diety namiotowej. Makaron z sosem pomidorowym, który został wzbogacony o cukinię, pieczarki, kapary i mnóstwo przypraw. Brakowało tylko dobrego, czerwonego wina. Niestety prohibicja utrudnia kupno takich trunków w przyzwoitej cenie. Siedzieliśmy przy stole szczęśliwi, że możemy do kogoś innego otworzyć gębę po polsku. Postanowiliśmy, że nie będziemy się tego dnia niczym przejmować i żałować, że zamiast zwiedzać miasto siedzimy beztrosko przed komputerem oglądając filmiki z wyścigów kolarskich na stronie Eurosportu i pijąc piwo. Żałowaliśmy tylko, że cena wieczornego koncertu jazzowego trębacza, Nilsa Petera Molvaera, uniemożliwia nam muzyczne ukojenie.

CZWARTEK
Od rana padało. Do miasta zjechaliśmy około południa i leniwie pedałując zaliczaliśmy kolejne miejsca, które wskazywała mapa dla turystów. Oslo to miasto kolarzy i górali. W przeciwieństwie do płaskiej Kopenhagi lub Malmo, gdzie dominowały wypasione rowery miejskie i trekkingowe, tutaj byliśmy porażeni mnóstwem kolarzówek i rowerów MTB. Nie sposób też było nie zwrócić uwagi na muskulaturę łydek rowerzystów… Potężne kwadratowe kloce, niczym u zawodowców. Jeżdżąc wzdłuż i wszerz centrum Oslo dało się czuć zmęczenie mięśni. Mieliśmy wrażenie, że nasze nogi są z drewna. Potem już tylko był węgiel drzewny. Gdy zatrzymywaliśmy się na chwilę i ponownie ruszaliśmy z miejsca, nieraz wydobył się z naszych gardeł głośny jęk. Łooo… łuuu… aaa… Takie doznania tylko po 2 tysiącach przepedałowanych kilometrów.
Oslo nie jest miastem szczególnie zabytkowym. Jest w nim za to mnóstwo muzeów. Od muzeum starych żaglowców i łodzi, które służyły dzielnym prekursorom do odkrywania zmrożonych lądów Antarktydy, po takie, które skrywały w sobie największe dzieła sztuki minionych wieków. Muzeum Ibsena, Muzeum Muncha, szereg galerii. Wybraliśmy się do National Gallery, bo wstęp był darmowy, ale też znajdowały się tam m.in. najważniejsze obrazy Edvarda Muncha (Krzyk, Madonna) oraz cała sala impresjonistów i kilka dzieł Picassa. Powolny spacer i przyglądanie się wiszącym obrazom dobrze podziałało na nasze zmysły. Mrużyliśmy oczy przy dziełach Moneta, Degasa, Cezane’a, Renoira, Van Gogha… Kilka dzieł Rubensa, Van Eycka, a także jedna zachwycająca scena zaparcia się św. Piotra autorstwa El Greco.
Woziliśmy jeszcze nasze zwłoki po deptakach, wzdłuż portu, alejkami królewskiego parku. Będąc jeszcze w Norwegii zaczęliśmy tęsknić za naszym wędrownym życiem i mieszkaniem w namiocie. Łatwo poddaliśmy się tej symbiozie z naturą. Tylko świadomość nie pozwalała nam zdziczeć całkowicie. W akademiku kilka miłych rozmów ze studentami, oczywiście wszystko po angielsku i to na wysokim poziomie. Usłyszeliśmy słowa zachwytu nad naszą wyprawą i podziwu dla naszych dokonań. Chyba jesteśmy szaleni.

PIĄTEK
Powrotu nastał czas. Od rana czuliśmy się rozdarci – z jednej strony tęsknota za domem, z drugiej jednak wspomnienie pięknych chwil, które tak bardzo odbiły się na naszym sposobie postrzegania potęgi natury. Ostatnie śniadanie, pakowanie, pożegnanie z mieszkańcami akademika i Anią, dzięki której powrót do „normalności” stał się łatwiejszy i przyjemniejszy. Musieliśmy dostać się na lotnisko oddalone od Oslo jakieś 140 km. Kalkulując wcześniej wszystkie możliwości najlepszą okazała się kolej. Zanim pożegnaliśmy miasto wyrzuciliśmy torbę z plastikami i kilogram zużytych baterii do odpowiednich pojemników. W sklepie sportowym dostaliśmy kartony, aby zapakować swoje rowery na czas lotu. Dojechaliśmy super cichą koleją w przedziale ciszy (quiet zone) na lotnisko obsługujące tanie linie lotnicze. Pozjadaliśmy jeszcze chlebopodobne wióry, wylizaliśmy słoiki po dżemie i maśle orzechowym. Pakowanie rowerów zajęło nam godzinę. Fantazyjnie obklejone kartony robiły wrażenie wśród wracających do Polski rodaków. Tutaj zaczynał się nasilać nasz stan szoku. Młodzi Polacy, próbujący porozumieć się ze sprzedawczynią po polsku, bo angielskiego ani be… Skoksowany Porky w różowej koszulce, z różową walizką i różową rodzinką… Polskie skajowe buty, przecierane jeansy, jeansowe kurtki i te fatalne swetry w wiejskie wzory a’la Kononowicz. Lot tanimi liniami, poza efektownym startem, bez rewelacji. Po ponad godzinie lotu – lądowanie. Oklaski. Pierwsze widoki czerwonych gęb i odór alkoholowych oddechów – jeszcze w autobusie transferowym na terminal. Bagaże wyjechały nienaruszone. Przyjechał tatuś W. Jesteśmy w domu.
To dopiero początek.
Jeszcze zdjęcia.
Podsumowania ciąg dalszy nastąpi…