Przekraczając granicę

Nie lubię się tłumaczyć -  że nie piszę, że podróż się skończyła i ciągle nie wiadomo jak, że miały być zdjęcia dodane do wpisów, a nie ma. Spokojno – jak mawiał Matej – wszystko w swoim czasie. Przyznam tylko, że nie będzie wielkiego zaskoczenia na końcu opowiadań, ponieważ pisząc to tu i teraz, bystry czytelnik może się zorientować, że żyję – przynajmniej ja (!!!) i nic spektakularnego z moim zdrowiem ogólnym się nie stało. Na czym więc skończyłam?

Czwartek, 22. września (popołudniem)

Ostatnim machnięciem ręki bez większego entuzjazmu zatrzymujemy białego busa na francuskich blachach. Zjeżdżają do żużlowej zatoczki i chyba jeszcze nie wiedzą co to znaczy wieźć na stopa dwie osoby z dwoma rowerami i siedmioma ufajdanymi sakwami. Uśmiechnięci emeryci wychodzą ze swojego campera i pomagają nam rozebrać rowery i upchnąć wszystko w wąski korytarzyk prowadzący do sklejkowej sypialnio-garderoby. Pan mówi po angielsku, pani odpowiada po francusku. Siedzimy. No to gdzie jedziemy? Zaznaczyliśmy Malko Tarnovo w swoim planie podróży i tam początkowo chcieliśmy wysiąść na małe zwiedzanie. Zerknęłam jednak w ich mapę i widząc zakreśloną drogę prosto do granicy stwierdziłam za potwierdzeniem mojego towarzysza drogi – olewamy to. Rozsiedliśmy się wygodnie i poczuliśmy jak w przedziale Orient Express.

Francuzi zjechali na parking i pytają, czy zjemy z nimi nudle. Było mi niezręcznie, gdy  po niewielkiej zmianie położenia wywołałam ruch powietrza w jadalnej części busa. Wtedy poczułam… potrzebę wyjścia i przewietrzenia odzieży. Pani zajęła się makaronem i sosem, a pan zadał niepotrzebne i głupie moim zdaniem pytanie – „czy napijecie się wina?”, po czym wyciągnął ze schowka butelkę 11-letniego, dojrzewającego w tureńskim słońcu czerwonego napoju znad Loary. Siedliśmy do stołu (czyt. blatu) w przemiłym towarzystwie i prawie rzuciliśmy się na podany makaron z bułgarskim ajvarem, którego, o zgrozo, nie kupiliśmy dla rodziny i przyjaciół w Polsce. Wciągaliśmy pszenne nitki bezwiednie, popijaliśmy zachłannie winem i słuchaliśmy opowieści. Państwo od miesiąca podróżują i do Francji wrócą dopiero na święta! Niesamowite… a tym bardziej zważając na fakt, jak bardzo rozklekotany jest ich wóz, który pod górkę więcej niż 30 km/h nie wyciąga. No ale po co się spieszyć?

Postanowiliśmy jechać z nimi ile się da. Siedzieliśmy więc przy stole naprzeciwko siebie, rozglądając się po wnętrzu ręcznie wykończonego campera, wpatrując w ramkę ze zdjęciami dzieci i wnuków, podążając za mknącym, zamazanym krajobrazem, gapiąc na hipnotyzujące zacieki deszczu na szybach, wertując francuskie przewodniki i raz po raz zagadując do kokpitu. Deska rozdzielcza wyposażona była w mapnik i kompas. Zero elektroniki i przeszkadzajek, które zakłócałyby swobodny odbiór rzeczywistości. Jedyną przeszkodą okazał się nasz podróżniczy ekwipunek skutecznie blokujący dojście do tajemnych skrytek z paszportami, więc na granicy pani z niegasnącym uśmiechem „noproblem!” przedzierała się i odzierała, aby wydobyć dokumenty. Przy okienku celnym zaśpiewali nam po 17 € za wizę i całe szczęście miałam przy sobie awaryjną gotówkę od mamy. Ta gotówka nieraz jeszcze będzie nas ratować…

Jesteśmy w Turcji! Nie dowierzamy własnym oczom patrząc jak wzdłuż trasy kilometrami i hektarami ciągną się tereny wojskowe obwarowane stójkowymi z karabinami. Tak jakbym miała się zaraz zacząć bać, stać się pokorna i uległa, stłumić wszelką agresję wobec władzy, wobec kraju, której tak naprawdę nie mam nawet do prawdziwego wroga. Kraj się zabezpiecza najwyraźniej, stosując środek jakim jest strach. Dziwne to było,  myśleliśmy o naszym noclegu nadchodzącej nocy nie mając żadnego rozeznania, żadnego przewodnika, jedynie słownik turecki wgrany na szybko w telefonie. Francuzi jechali za dnia, a gdy się szaro zrobiło szukali miejsca na parking. Żeby problemu nie robić zgodziliśmy się na wysiadkę przy stacji benzynowej w mieście Saray. Pożegnaliśmy się serdecznie wręczając zakupione na granicy pudełko ze słodkościami. Ledwo odjechali, podeszło do nas kilku panów w żółto-czerwonych kombinezonach i trochę jak dzieci z podwórka patrzyli na nasze rowery, bagaż i próbowali nawiązać kontakt.

Shell

Po kilku minutach padło słowo „czaj” i zachęcający gest, abyśmy przyszli do środka sklepu. Co za stacja! Cztery dystrybutory, pięciu chłopa na zmianie plus kobieta do szaletów. Samoobsługa… wymagająca jednak wbicia kodu przez pracownika. Opieramy bez obaw rowery o przeszklony budynek stacji, po czym próbujemy się dogadać. Ręcznie. Nikt tu nie mówi ani nie jarzy po angielsku. Udaje nam się pokazać czego potrzebujemy, ale dodatkowo wyszukuję w słowniku pojedynczych słów. Ci, jakby mieli do czynienia z jakimś nieprzeciętnym bytem ludzkim, na każde nasze słowo reagowali szczerym uśmiechem i potrząsali głowami jak zdyszane pieski. Piliśmy herbatę zerkając na mecz w telewizji, pokazaliśmy im naszą trasę na mapie, poczęstowałam cukierkami i ukraińskimi fajkami, których później już nikt nie chciał. Na drugiej stronie ulicy był zapyziały bar, więc  zostawiając wszystko pod stacją skoczyliśmy na kebaba.W małej dziupli przy kilku niziutkich stołkach siedzieli mężczyźni jedząc bułę z mięsem, popijając mlecznym słonawym napojem o nazwie ajvar i gapiąc się w telewizor, który był centrum rozrywkowym w tym pomieszczeniu. Nasze wejście, a szczególnie moja obecność wywołała chwilowy zwrot uwagi tureckich oczów, ale zaraz potem wszystkie głowy jak z wszczepionym magnesem powróciły na pozycje wyjściowe. W telewizji wiadomości, dużo wybuchów, okopów, piachu i słońca, potem serial o grubym gościu z jedną brwią, nieprzeciętnie śmieszny – próbowałam zrozumieć tureckie poczucie humoru, ale złapałam się na tym, że sama nie mogę odkleić od tego oczu i nawet mnie to bawi.

Wróciliśmy na stację. Nastał czas odważnych decyzji. Stawiamy namiot. Kawałek trawy obok zbiornika z paliwem nam wystarczy. Toaleta w toalecie, ochrona zapewniona, brzuch pełny.

Wcześnie rano budzi nas echo muezzina nawołującego do modlitwy.

Allahu akbar…

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Takie sobie zwykłe śniadanie. Czas się zatrzymuje

Nieplanowana biesiada i nocleg u nieznajomego dobroczyńcy stał się punktem przełomowym, jak cios siekierą który oddziela bezpowrotnie dwie spójne części. Cały dalszy bieg wyprawy niemalże nie pasował do poprzednich zdarzeń, choć już wcześniej doświadczaliśmy wielu odwrotów akcji. Będąc kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża czuliśmy jakbyśmy wreszcie zwinęli żagle i stąpali po lądzie.

Czwartek, 22. września

Matej szybko otrząsnął się po pijackim wieczorku z parą wędrownych obcokrajowców. Pierwsze co zrobił, to sięgnął po ostatnią z sześciopaku butlę Kamenitzy i już prawie nam polał. No nie, tacy twardzi zawodnicy to my nie jesteśmy, pijemy, gdy jest ochota,  nie daj Boże z rana! Przejechaliśmy się jeszcze po Rosen uzupełniając bidony z wodą i dostając zza płotu świeżo narwanych pomidorów. Cieszyliśmy się, że nie musimy patrzeć na hotele, wieżowce i cały ten turystyczny majdan.

Jak tylko ruszyliśmy dało się słyszeć tu i ówdzie pobrzękiwanie dzwonków. Owce, bydło – kto wie? Jechaliśmy wąską asfaltówką w coraz cieplejszych barwach, czując nadchodzącą jesień i rześkość po wczorajszym deszczu. Tutaj, w lewo! – krzyknęłam do rozmarzonego T., bo chyba tylko ja zauważyłam malowniczy zajazd z ławką i źródłem wody. Przygotowujemy śniadanie – rozkładamy jak zwykle obrus (taki kolorowy ręcznik, żeby kto nie myślał, że aż tak zboczona jestem!) – po tych dwóch tygodniach wygląda niezachęcająco z tymi wszystkimi skwarami, plamami. Są talerze plastikowe, świeży chleb, ser, masło, oliwa i jajka, które zaraz ugotujemy. Myjemy pomidory pod tym samym kranem, pod którym zaraz zrobię małe pranie zalanych rakiją ze słoika ubrań… niestety. Zakładam jeszcze windstopper, bo coś w plecy zawiewa, aparat i dyktafon w pogotowiu. Śniadanie smakuje doskonale w tej scenerii, wiatr porusza zmęczone słońcem liście, przebija się między pagórkami, świszczy. Zza niedalekiego wzgórza dochodzi delikatne dzwonienie, coraz bliżej i bliżej. W tę łunę wysokich tonów wtapia się głuchy turkot wozu i kopyt. Tajemnica spowija wzgórze, uświęca to miejsce gdzie jesteśmy my, nasze śniadanie, rowery, nasze ciała i dusze, nasze spojrzenia, uśmiechy, nasz oddech i milczenie.

Ciekawość moja sprawiła, że chciałam tam być, bo skoro jestem tu, a TAM jest na wyciągnięcie ręki, to przecież mogę zrobić te kilka kroków i odkryć to, co tak mnie frapuje. Biegnę po objedzonej, niemal łysej łące omijając miejsca „śliskie” i oto na horyzoncie wyłania się pies. Biegnie w moim kierunku, aby wybadać z jakiej jestem partii i czy nie zaszkodzę stadu owiec, które pozostają na szczycie. Piesiulino poczciwy i zna się na ludziach – daje się pogłaskać i zamienić parę serdecznych spojrzeń. Po chwili widzę wóz z podstarzałym woźnicą, zjeżdża z górki jakby miał się zaraz rozsypać i powalić zaprzęgniętego osła. Sama zbiegam pokracznie, jak ten wóz rozklekotany, jak dziecko, które nie może zatrzymać pędu nóg. Stoimy już w trójkę, patrzymy, pakujemy nakrycie „stołu”, rozmawiamy z panem. Co to za rozmowa… jak niemy z głuchym… ale dogadujemy się, bo przecież jesteśmy z tej samej planety. Pan dostaje od nas garść fajek i cukierki, co bardzo rozpromienia jego wywianą, zabrużdżoną twarz. A osioł jak osioł, stoi i patrzy.

Kierujemy się na południowy-zachód, w stronę głównej drogi. Jedziemy przez wioski, lasy, łąki mijając pastwiska owiec, świń, hektary winorośli i ludzi tam pracujących. W takiej scenerii jeździ się naprawdę przyjemnie, wtedy głowa odpoczywa, ciało się energetyzuje i aż kochać się chce! W ostatniej chwili omijam malutkiego żółwika zdezorientowanego na asfalcie. Mieści się w pudełku od zapałek, możemy wziąć go ze sobą! Pierwsze myśli pokazują jak bardzo wszystko traktujemy w kategoriach ludzkich. Zwierzęta nie myślą, ale mają doskonały instynkt, dzięki któremu zachowują harmonię w stosunku do siebie i świata roślin. To homo-sapiens jest gatunkiem, który doprowadza się do autodestrukcji, a przy okazji stawia zwierzętom zabójcze przeszkody, takie jak asfalt. Żółwika całujemy (bez wzajemności), odstawiamy w trawę i błogosławimy na dalszą drogę.

Kolejny raz, kiedy ustawiamy się w zatoczce i próbujemy złapać stopa. Pół godziny nic. Chcemy już się zbierać, kiedy nagle zatrzymuje się wóz…

Myśli może ktoś, że jesteśmy leniwi? Nie tędy… po prostu chcemy jak najszybciej dojechać tam, gdzie kusi coraz bardziej.

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Z głębi lądu. Słoik rakiji, talerz winogron

Ten dzień był esencją całego pobytu w Bułgarii. Kulminacja przybrała niespodziewaną formę, a sami na dłuższą chwilę odcięliśmy się od uciekającego czasu, chwytając najbardziej ulotne barwy i smaki.

Środa, 21. września

Miało być szybko do kolejnego punktu na mapie. Nie tracić czasu i sił, byle do granicy, byle już do Turcji. Tak myśleliśmy mając dosyć tłumów na wybrzeżu. Z Sozopolu były trzy możliwości ruchu. Pierwsza, nie brana nawet pod uwagę droga prowadziła dalej, na południe wzdłuż wybrzeża w kierunku Achtopolu, jednak kilometraż do granicy wychodził niekorzystnie. Druga możliwość to cofnięcie się do początku drogi szybkiego ruchu, czyli aż pod Burgas i tam łapanie transportu do Malko Tarnowa. Niestety po 15 minutach zwracania na siebie uwagi kierowców z beznadziejnym rezultatem, ruszyliśmy pedałując tą samą ruchliwą drogą co poprzedniego dnia zdesperowani goniliśmy dzień. Już kilka dni wcześniej patrzyłam na mapę i wzrok sam się zatrzymywał na tych białych niteczkach ciągnących się od głównej drogi wgłąb lądu, o których zapytani ludzie mówili, że nie ma się co tam pchać, jeden nawet wyraził złe przeczucia co do tych terenów. Tym bardziej mnie to zaintrygowało, więc pojawiła się trzecia możliwość. Jechać przez wioski, tymi właśnie niteczkami.

Początkowo T. protestował widząc przed sobą wzniesienia. Miałam to naprawdę gdzieś, bo gdy tylko znalazłam się na spokojnej, wąskiej asfaltówce, dostałam jakieś boskie doładowanie akumulatorów. Jechałam uraczona jesiennymi barwami, jeżynami, bukowymi lasami i przede wszystkim niesamowitą ciszą, tak bardzo kontrastującą z tym, co było przed kwadransem.  Górki okazały się niezbyt wyczerpujące,  bo szybko przejeżdżało się przez szczyt i brało rozpęd na kolejny. Tak dojechaliśmy do pierwszej większej wioski.

ROSEN

Zabudowania ciągnęły się tu w nieskończoność. Gdzie jest jakiś sklep, jakieś centrum? Właściwie to nic nie potrzebowaliśmy, bardziej kierowała nami ochota zajrzenia do wiejskiego centrum zwiadowczego. Było wszystko. Od kilku dni chodziły za nami jajka, a od niedawna dołączyły do nich figi. Jaja z figami, figi w jajach, jajofigi. Jakkolwiek, postanowiłam zapytać panów spod sklepu. Siedziało ich kilku, zupełnie nieprzejętych naszym przyjazdem. Podeszliśmy, żeby się zbratać i uzyskać informacje, gdzie można kupić wiejskie jajka.

- Jajka, jaja – rysuję patykiem po ziemi, pokazuję ręką – wiejskie, ne magazin, hospoda!
Chłopy wzruszały ramionami i śmiały się do nas. Jeden, najbardziej głośny z tego towarzystwa dał nam piwo, które bez gadania musieliśmy przyjąć. Pokazał na skrzynkę po piwie – obrócona robiła za stół, a na niej leżał w papierze pokrojony boczek. Czyli co? Mamy pić i jeść to. Dobra. Zanim z nimi usiedliśmy, wygrzebałam przewodnik i zaczęłam szukać słówek. Jaja, jaja, jajka… Jajce!

- aaaa, jajce, jajce! – wykrzykiwali jeden przez drugiego z taką radością, jakby rozwiązali trudne hasło w krzyżówce.
Jajcebyły w sklepie, pani nawet wyszła i już miała iść po jajce, gdy zrezygnowaliśmy z tłumaczenia im, że chcemy wiejskie. Kończyliśmy już pić Kamenitzę, gdy mój mózg zaczął dawać impulsy do ślinianek na myśl o figach. Nic do stracenia! Pytam o figi. Dżem smokini! Po dopitym piwku brzuchaty gość wskoczył do samochodu i kazał jechać za sobą. Wchodząc na posesję prowadził nas przez ogród po drodze usuwając nogą wszystkie przeszkody. Weszłam za nim do piwnicy, gdzie miał skromny zbiór dżemów, jeszcze z zeszłego roku. Wziął dwa zakurzone słoiki, jeden dał mi, drugi T. Rozglądając się po ciemnym, ciasnym wnętrzu nagle figi przestały mnie interesować, a wzrok zatrzymałam na wielgachnej beczce. Rakija! Brzuchaty wesołek uśmiechnął się zadziornie, jakby właśnie nas złowił na zarzucony haczyk. Wykrzykując coś z tego rozweselenia poszedł do jakiegoś zakamarka szukać pojemnika abyśmy mogli skosztować. Wrócił z brudnym słoikiem, ale zaraz napełnił go do 1/4 alkoholem, wymieszał, chlusnął  zawartością na ziemię i ponownie napełnił całe 0,3 litra. Wziął nas na taras, ciągle coś pomrukując niezrozumiałego i usadził przy stoliku, gdzie leżała deska z wbitym nożem. „Moment, moment, spokojno…” – powtarzając tak przyniósł kieliszki z lodem i nalał nam pełno rakiji. Gdy próbowaliśmy trunku był tak uradowany, że jego oczy się niemal paliły. Matej, emerytowany (wcześnie…) ratownik.

Nasze rowery oparte były o jego auto, gdy on obiecując, że zaraz wróci („moment, moment”) wziął drugi samochód i pojechał do sklepu. W tym czasie spiliśmy całą nalaną rakiję, zaplanowaliśmy dalszą podróż, a ja pokroiłam resztę ukraińskiej chałwy. To trwało prawie godzinę – zostawił nas na tarasie, a sam pojechał do sklepu, żeby się spełnić towarzysko i przywieźć… uwaga… sześciopak Kamenicy, każda butelka po 2l + gratis. Już się zbieramy do opuszczenia wioski, na co Matej „spokojno, spokojno… nie ma problem” i znika wgłębi mieszkania. Słyszymy jakieś trzaski, jakby rozkuwał coś kilofem. Wraca po chwili i daje mi do ręki sztywną, oszronioną, w całości zamrożoną rybę. Za bardzo nie wiedziałam co z nią zrobić, ale po mojej deklaracji, że umiem „robić” rybę, przyniósł palnik elektryczny i patelnię. Moment, moment, spokojno! – tym razem ja się odzywam – co to, kurde, przecież do tego trzeba czasu, to jeszcze bryła lodu, a on już kładzie patelnię na grzałkę. Czas… co nam po tym czasie przepędzonym, przegonionym. Zostajemy, co będzie to będzie, trzeba usmażyć rybę!

Matej mieszkał sam. W dużym domu miał sporo pomieszczeń, które wbrew pozorom były zadbane, zapewne dlatego, że niewiele w nich miał. W kuchni było wszystko, co potrzebne – od warkocza czuszki, warzyw, przypraw i świeżo zaprawionych oliwek, po wszelkiej maści naczynia, a najwięcej szkła do alkoholu. Szybko się zorientowałam, że rybka została wrzucona do zamrażarki niewypatroszona, a może nawet żywa. Myśl o delikatnym białym mięsku była tak silna, że nic nie stało na przeszkodzie w babraniu się po łokcie z tym stworem. T. zrobił sałatkę „szopską” dodając biały „siren” – jedyne, co było w lodówce poza jajkami i piwem. Czas na obróbkę cieplną. Wychodzę na taras, wkładam wtyczkę do gniazdka z przedłużacza i nagle bzzz..gzzz i fu! – ogień na 20 cm i po kuchence. Taka mała awaria. Spokojno, nie ma problem… mamy przecież swój camping-gaz.

Obiad podaliśmy zaaferowani sytuacją. Chcieliśmy aby wszystkim (przyszedł też ojciec Mateja) smakowało. Sami zjedliśmy chyba większość jedzenia trzęsąc uszami, a Matej znowu szczerząc zęby i uspokajając sięgnął po kolejne piwo ze zgrzewki,  nam nalewając kolejny kielich rakiji. W zasadzie robił to, gdy my nie widzieliśmy starając się utrzymać pełne kielichy swoich gości. Mi tak zasmakowało, że nie protestowałam. Gdy jeszcze sąsiad przyniósł cały talerz winogron, wszystko zaczęło mi zwisać. Smak tych owoców – soczysty, słodki, wyborny – doskonale komponował z 45-procentowym winiakiem. Siedziałam na zdezelowanym krześle z pękniętym oparciem w towarzystwie swawolnych, szczęśliwych pijaczków. Pod tarasem ukwiecony ogród, rowery przy ulicy – a niech je szlag, co nam po nich i co komu po nich? Chłodne powietrze przyniosło ze sobą deszcz. Dopiero wtedy wprowadziliśmy rowery pod dach wyciągając przy okazji jakąś bieliznę do spania. Ale jeszcze trochę, jest tak dobrze… Matej włączył stację muzyczną z bułgarskim folkiem, później jednak przyszedł koleś z butlą i kuchenką gazową i zmienił na jakąś sieczkę. Automatycznie wyłączyłam się na te dźwięki  i oddałam… rakiji. Siedzieliśmy do wieczora nieskrępowani rozmawiając ze starym ratownikiem, coraz więcej rozumiejąc i śmiejąc się razem. Gość wypił pięć butelek Kamenicy, czyli łącznie 20 piw i ledwo na niego podziałały, a co lepsze – ani razu nie szedł sikać. Rakija uderzyła do głowy gdy próbowałam przestawić rower. Dobrze, że był ciężki i swoim balastem przeważył kierunek mojego upadku, a poleciałabym prosto w grząski czarnoziem. A niechbym poleciała! Było wspaniale i nie ze względu na upojenie. Nie obchodziło mnie dlaczego on pije, ale zastanawiało skąd ma tyle radości, poczucia humoru i dystansu do wszystkiego, także do siebie. Tak, tak, pić trzeba umić. W Polsce pije się  na innych zasadach, choć może powody są te same, to jednak nasz pesymizm i malkontenctwo prowadzi to wszystko do alkoholowej tragedii. Każdy chce czasami zapomnieć, przenieść się w lepszą rzeczywistość. Robimy to na różne sposoby oddając się różnym zajęciom, pasjom i na ten czas jest wspaniale, bo istniejemy w bardzo zawężonej czasoprzestrzeni, wyidealizowanej przez nasze indywidualne postrzeganie i marzenia. Polskie pijaństwo od bułgarskiego-maciejowego różni się tym, że Polacy nie mają do siebie dystansu, nie potrafią się uwolnić od żalów, a swoje indywidualne predyspozycje degradują do poziomu szarej masy, nie akceptując przy tym siebie. Polscy pijacy są sfrustrowani, nie trzeba się dokładniej przyglądać żeby zauważyć ten ból i beznadzieję w oczach. Nie wiem dlaczego Matej tyle pił, ilość mówiła, że ma z tym problem. Jakkolwiek, był człowiekiem, który miał coś do powiedzenia i z którym chętnie się przebywało.

Spać położyliśmy się w jednym z kilku pokojów, mogliśmy wybierać. Obudziliśmy się wcześnie bez kaca, jak nowo narodzeni. Przetarliśmy mgłę z oczu i pełni energii wyruszyliśmy w dalszą drogę…

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | Otagowano , , , , | 3 komentarzy

Z pamiętnika: wybrzeże Bułgarii

Podróż zakończona. Jesteśmy w domu, póki co tylko ciałem, a ja w dodatku dość połowicznie, bo dałam ciała z pisaniem bloga. Tak to delikatnie nazwę. Nie mogliśmy nadążyć za tym wszystkim co nas z każdym kilometrem spotykało, do tego stopnia, że pogubiliśmy się w czasie i nasz przedostatni wpis jest pod tym względem zaburzony. Rozłożyłam właśnie przed sobą wszystkie ulotki, mapy, karteluszki z notatkami i wizytówki. Cofam się w czasie i piszę pamiętnik.

DZIKA BUŁGARIA NIE NA WYBRZEŻU

Poniedziałek, 19. września

Poranek w namiocie na plaży zawsze jest ekscytujący. W nocy fale prawie spać nie dały, ale już w dzień waliły o brzeg jak oszalałe. Podczas gdy my biegaliśmy i witaliśmy słońce rozciągając mięsisty napęd naszych ciał, pan ratownik doczłapał do bazy nieopodal i wbił czerwoną flagę. Nasza obawa przed wejściem do wody była więc uzasadniona. Po śniadaniu udało mi się jeszcze wysłać kilka zdjęć przez lokalne wi-fi i zaraz potem przystanęliśmy przy polskim camperze. Nie wspominałam jeszcze o tym, bo nie uznałam tego spotkania za szczególne. Niemniej cieszyliśmy się, że możemy pogadać po polsku z małżeństwem obieżyświatów w średnim wieku. Przyjemni, radośni, ciekawi nowych miejsc – podróżują tym domkiem na kółkach bez baczenia na czas, z dnia na dzień planując podróż, czyli trochę tak jak my. Na tyle samochodu mieli zaczepione rowery. Pomyślałam, że jak już kiedyś będziemy mieć dosyć pokonywania kilometrów na samych rowerach, to camper będzie dla nas luksusem, najlepiej taki solarny.

Wyjechaliśmy. W sklepie zatankowaliśmy paliwo, czyli wodę, owoce i sezam-bara. Najkrótsza droga prowadziła przez Kamcija Rezervat. Spodziewaliśmy się dużo bardziej spektakularnych widoków. Przejechaliśmy w rezultacie nierówną, ale twardą ścieżką przez pole i las modląc się, aby nie przedziurawić znowu dętki. Czytaj dalej

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | Otagowano , , , , , | 3 komentarzy

Jesteśmy, żyjemy, cali w czterech częściach!

Dużo by pisać, a czasu tak mało… Dodatkowo okoliczności nie pozwalają skupić uwagi na tym superkompaktowym ekraniku telefonu. Ostatnio dużo skrajnych doznań, ale myślę, że wkrótce znajdę chwilę, aby o nich opowiedzieć.

Dziękujemy wszystkim nas wspierających i śledzących nasz tandem.
Z powodu awarii aparatury ładującej jesteśmy zmuszeni oszczędzać baterie w aparacie, więc kolorowo na blogu się zrobi dopiero po powrocie.

Ale ale… To jeszcze nie koniec!

(właśnie jedziemy francuskim trzęsącym camperem do granicy z Turcją przez deszcz i w jesiennych już barwach)

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | 1 komentarz

Bulgarian high-end

Bułgarskie przybrzeżne górki dały nam nieźle po nogach. Zasługujemy na odrobinę wygody i w zamian za ciężką pracę pozwalamy sobie na dobre jedzenie. Bardzo harosze jedzenie!

Jak tylko znaleźliśmy się na terenie tego kraju, po nozdrzach uderzyło jakieś takie rześkie powietrze, świeże i odżywiające. Ponoć 35 procent Bułgarii pokrywają lasy, a pod względem rezerwatów przyrody kraj ten znajduje się na drugim miejscu na świecie zaraz po USA. To niesamowite, że zmiana krajobrazu jest tak radykalna, że tu tyle lasów nagle, że strumienie z gór kryształowe spływają i naprawdę jest czym oddychać.

W poniedziałek odwiedziliśmy przejazdem Bałczik, przypadkiem kiczowato-lanserską Albenę i po 95 km zajechaliśmy na wypasiony posiłek do Kraniewa. Jedzenie niedrogie i do tego konkretne porcje, a wszystko świeże i naturalnie przyrządzone – nie czuć żadnych dopalaczy typu Winieta czy Ziarenka Sraku. Kelner podał zestaw przypraw: czosnek, suszoną paprykę, ocet z pietruszką, olej, limonkę, sól i pieprz. Wszystko popijaliśmy lekkim, białym winem ich własnej produkcji.

Po noclegu przy plaży poranny skok w morskie fale i odsalający prysznic, też przy plaży. Tak można jeździć! Złote Piaski zdobyliśmy po kilku podjazdach wzdłuż sąsiadujących wapiennych urwisk. Nazwa dotyczy jednocześnie rezerwatu i miejscowości hotelowej. Zjechaliśmy tam tylko dlatego, że ja gdy miałam dwa latka byłam tam z mamą i ciocią. W pamięci utkwiły mi rzeczy absurdalne, np. jak ciocia zarzucała nogę wchodząc na kuszetkę, a ja w przedziale siedziałam na nocniku, pamiętam mój ryk, gdy pękło jajko gotowane grzałką, długie schody hotelu i poczęstunek pomarańczem na plaży. Pamiętam, że byłam przeziębiona i nie mogłam wchodzić do wody. Po zjechaniu do kurortu przy plaży poczułam, że znowu mam dwa latka i dalej nie mogę wejść do wody, choć jej lazur i ciepło tak bardzo kusi. Przepiękna plaża, mniej kiczu, więcej luksusu i klasy w tym całym nicnierobieniu. Taki wybieg dla zamożnych. Czasami przychodzi i na to ochota.

Ale my wsiadamy na nasze fury i zmierzamy z górki ku Warnie. Tam przejeżdżamy bulwarem, zjadamy drożdżowe zapychacze, stwierdzamy, że miłe i ładne miasto, ale już na nas pora.
Do wczorajszego celu prowadził długi podjazd przecinający kilka rezerwatów ładnych, młodych pań do wzięcia. Do wzięcia bez poczekania i za drobną opłatą, ot cała filozofia!
Jesteśmy już po śniadaniu składającym się z płatków owsianych i owoców. Kamczyja ma szeroką plaże i wzburzone morze, do którego wpływa rzeka o tej samej nazwie. Niesie ze sobą śmieci i zostawia na plaży i nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie fakt, że rzeka przecina rezerwat naturalny…

Pora wpinać sakwy. Myśl o deptaniu pod górę wywołuje cyniczny uśmiech. My jesteśmy góralami, właśnie tego potrzebujemy!

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | Dodaj komentarz

La revedere Romania, zdrawejte Bulgaria!

Lunca i Vama Veche to ostatnie punkty noclegowe w Rumunii. Przekroczyliśmy dziś granicę trochę zniesmaczeni rumuńskim zasyfionym wybrzeżem. Mamy nadzieję, że bułgarskie smaki nam to zrekompensują.

Do ukoronowania mojego ostatniego lamentu dołączyły dwa złapane przez T. kapcie i jego dwudniowa niemoc związana z zatruciem, na szczęście dość lekkim i wyleczonym węglem oraz dobrym snem.
Miejsca, które mijaliśmy ostatnio, łącznie z hałaśliwą Konstanzą, naprawdę nie są warte uwagi. O brudzie i chaosie nie wspomnę i nikt mnie nie przekona, że taki ich urok, że taka mentalność kraju. Jakoś w górach czuliśmy się lepiej, bliżej natury. Tutaj albo jest taka sahara, albo człowiek wszystko wykarczował. Tu nawet Cyganów trudno spotkać. Jedyny osobliwy widok to chaty w całości ze słomy, która izoluje od ciągłego żaru z nieba.
Nie mieliśmy ochoty tracić energii i cennego czasu, więc udało się wczoraj złapać stopa (w 5 minut!), a potem pociąg. W sumie 120 km do przodu. Dzisiaj przyjemna noc na bezludnym klifie, gdzie wreszcie nie było komarów. Jeden tylko kleszcz zginął z naszych rąk. Obudziliśmy się ze wschodem i korzystamy z dnia czytając przewodnik po Bułgarii, wypoczywając chwilę na plaży w miejscowości o sympatycznej nazwie Kavarna.

A co ciekawego w Bułgarii? Asfalt bucha gorącem, wokół las wiatraków (tutaj m.in.Vestas, w Rumunii Enercon), przy drodze świeże warzywa i owoce, dużo papryki i pomidorów, a arbuzy kulają się z nami. Wieziemy bombę biologiczną ciuchów do prania, a nas konserwuje sól morska. Dziś Złote Piaski!

Opublikowano Morze Czarne - zachodnim wybrzeżem 2011 | Dodaj komentarz